METAMORFOZA SNU…

cats-cropłąkaiaktbezbud.jpg

 

Metamorfoza snu-

Z życzeniami cudownych snów…

 

Wędrowałem  po krainie  snów,

Szukałem kobiecych pragnień…

Gorących rytmów…

Miłosnych  marzeń…

 

Za zakrętem szarej codzienności-

Spotkałem piękną samotną

W sukience z kwiatów magnolii…

Smutną ,zagubioną,

W czarnej rozpaczy-

Bo jej ukochany

Nie mogę z Tobą być-

Powiedział…

A jeszcze wczoraj

Swoim skarbem ją nazywał…

I zostawił ją samą…

Skutą uczuć chłodem…

 

Ciemne  chmury  niebo  pokryły …

Piękne ,smutne oczy

Gorzkie łzy wypełniły…

Czas w miejscu  stanął…

Świat się zatrzymał…

I została na zawsze

Niczyja…

 

Taki był smutny sen,

Jakich wiele…

A i w życiu takich

Historii nie mało…

 

I tak by zostało,

gdybym nie ja,

malarz kolorowych snów-

Nie przemalował …

Nie dodał barw…

Sprawiłem więc,

Że ten smutny sen

Nagle skończył się…

 

I ciało ożyło …

I uderzyło serce,

Co w nim było …

Najpierw powoli -

Raz jeden,raz drugi …

I tak nierówno

Biło przez czas długi,

Szukając swego rytmu-

Wznosząc się,spadając …

W rannej rosie brodząc,

A to deszczem płacząc …

I czas ruszył z miejsca-

I ruszył na nowo …

I stało się wszędzie

Barwnie,kolorowo :
Zieleń traw różnych,

Posrebrzonych rosą,
Inna,gdzie przydeptana

Była stopą bosą…

Błękit nieba odbity

W gładkim lustrze wody…

Białe czapki rybaków,

Ciągnących niewody…
I całe łąki usłane

Kwieciem kolorowym ,

Z górującym nad wszystkim

Makiem purpurowym…

I Ty w sukience czerwonej…
I tak niech zostanie na zawsze…

 

NA  ZAWSZE…

 

Gabriel

 

dc9651284fłąkazdomkami.jpeg

WEHIKUŁ CZASU…

PĄK BIAŁEJ RÓŻY…

 

Gdybym był słaby,gdybym nie był sobą,
Powinienem dać Ci …Pąk Białej Róży…
Pożegnać Cię i pójść w inną drogę,
Zabierając ze sobą wielką gorycz chwili…
Zostać na zawsze z garścią swoich marzeń
I schować je głęboko,jak można najgłębiej…
Ale ja jestem wielkim marzycielem,
Który chce nie znać słowa :niemożliwe-
Stworzę ze swych marzeń wehikuł czasu…

 

Wsiądę do niego któregoś poranka
I ulecę w miniony czas . . .
może kilkanaście lat….
Tak odmieniony zajadę pod Twój dom-
Dam  Ci  Dwanaście  Czerwonych  Róż….
I zaproszę Cię-obok mnie,siądź….
I już na zawsze . . .

Razem ze mną…

B Ą D Ź . . .


I zabiorę Cię w odległe,gęste mgły ,
Które za nami zatrą wszelki ślad…
Cofniemy się razem kilkanaście lat ,
Zapomnimy,że był inny, gorszy świat ,
Wytrzemy z pamięci całe podłe zło…

 

Wezmę Cię za rękę i poprowadzę
Przez kwitnące łąki,strumyki,lasy-
Przed Wielki Ołtarz Natury…
w G Ó R Y. . .
Tam wyszepczę Ci czule
KOCHAM . . .
CHCĘ . . .

PŁONĘ . . .

 

TAM zakwitniesz na nowo
Piękną Magnolią Różową …
A ja się zmienię w rój barwnych motyli,
Który starannie Twe kwiaty zapyli,
Aby Magnolie przetrwały . . .


NA  ZAWSZE . . .

Telbar

A to jeden z prawdziwych ołtarzy-z wodnymi piszczałkami organów pośrodku…


MIŁOŚĆ PONAD MORSKIM OKIEM( Erotyk)

Morskieokokazalnphmax.jpg

 

MIŁOŚĆ PONAD MORSKIM OKIEM (Erotyk)…

Zostało za nami w dole Morskie Oko,
Czarny Staw nad nim też leniwie drzemie…
My zielonym szlakiem na Przełęcz Pod Chłopkiem
Nad Kazalnicą , jej  przepaściami -idziemy…

Dyszymy coraz wyżej,klucząc zakosami,
A w głowach jedno wielkie marzenie mamy-
Żeby tu,tak wysoko ,na skraju gór i nieba
Kochać się szalenie…aż do utraty tchnienia…

Docieramy do skalnej półki,przytuleni…
Całując Cię szepczę:tu…a Ty cicho :teraz…
Kładę Cię na tym Górskim Ołtarzu Miłości…
Nad nami niebo ,a w dole Morskie Oko…

Za poduszeczkę służy kępka traw ostatnich,
Której źdźbła z Twymi włosami się plączą…
Słońce zza Twej głowy po ogromnych skałach
Złotymi promykami w głąb doliny zbiega…
Dyskretnie jednak obłokiem przesłoniło oko…

Prawym kolanem Czarny Staw przesłaniasz,
Lewą stopą ,jakby,w Morskim Oku pluszczesz…
Przymykasz trochę oczy…na dalszy ciąg czekasz…
Twa sukienka czerwona zsuwa się po udach…
Pomagam jej odsłonić miłości tajemnice…
Całuję Twe kolana,wspinam się powoli,
Tu i ówdzie wstrzymując podróż do rozkoszy…
Twoje piersi o dotyk  naprężeniem proszą…
Falują coraz bardziej ,muśnięte wargami…
Namiętne Twoje usta smak rozkoszy mają…

Jestem w Tobie…Oczy ślą uśmiech promienny,
Wspólnie unosimy się,nie spiesząc się zbytnio…
Każdy kolejny ruch zbliża nas do spełnienia…
Dużymi ,to małymi kroczkami zdążamy
Do pełni rozkoszy…do w niej zatracenia…
Niebo coraz bliżej,my w białych obłokach…
Pod nami Tatry,jeszcze piękniejsze-tak  z góry…
Spleceni w jedną całość,nic już nie widzimy,
Czujemy tylko siebie w tym rytmie szalonym…

Napinasz się jak struna…nieruchomiejesz…
Swoje ramiona na moich plecach zaciskasz…
Jęk rozkoszy spływa po skałach w dolinę…
Opadam na Ciebie bezwładny…spełniony…
Po chwili szepczę :KOCHAM…
Odpowiadasz:KOCHAM…

Mały obłoczek słońca odsłonił promienie,
Które poniosły nasze spełnienia westchnienia
Daleko,w Dolinę Rybiego Potoku…
Dotknięty mały kamyk moją bosą stopą
Potoczył się po Mięguszowieckiego stoku
W dół,zabierając ze sobą
Naszego kochania tajemnicę…
Niecnota wszystko widział,
Dobrze wszystko słyszał…
Ale jak to kamyk-nikomu nie powtórzy…

Dotrzyma tajemnicy…

Gabriel

TATRZAŃSKIMI SZLAKAMI… Sonet XXI

TATRZAŃSKIMI SZLAKAMI…
Sonet XXI

Gdy zapachem jagód,wrzosów witasz brzask…
Gdy ptaków niemiłosierny słyszysz wrzask…
Gdy zapach świerków rządzi Twoimi zmysłami,
Gdy słyszysz szum pszczół -idziesz dolinami…

Gdy słyszysz szumy traw wiatrem niesione…
Gdy porosty świecą jakby pozłocone…
Gdy wilgoć obłoków omywa Twą twarz…
Jesteś wysoko-regle pod stopami masz…

Gdy widzisz orła i błysk w jego oku…
Gdy obłoki płyną na tle potoku…
Gdy widzisz nad sobą tylko chabry nieba-

Jesteś na szczycie-wyżej już nie trzeba…
Nie można już bliżej nieba…Chyba,że…
Jestem z Tobą…Nieważne wtedy gdzie…

Czesław

ab189054aeduchgororygram1-505x630

MAGIA MORSKIEGO OKA…

 

MAGIA MORSKIEGO OKA…

Tym,którzy choć raz w głębinach  Morskiego Oka  wzrok zanurzyli…

Gór ślad w pamięci zatopiony,
Niczym Mięguszowieckie w Morskim Oku,
Pod powiekami zadumy schowany
Błyszczy jak brylant z Rybiego Potoku…

Dziewięćsił,pajęczyną mocno oplątany
Świeci , jak słońce w barwnej aureoli,
Gdy w porannej rosy perłach  skąpany-
Mieni się wszystkimi tęczy kolorami …

Pójdźmy mozolnie ponad Morskie Oko
Ścieżyną w poprzek Miedzianego stoku-
Tam,gdzie okiem więcej ogarnąć można
Cudów,które się chciało stworzyć Bogu…

Ostatnia kosodrzewina,która zapomniała,
Że dla niej to już za wysoko-
Wskazuje drogę nam ku szczytom ,
Na pożegnanie szum roztacza wokół…

Głazy spowite porostów złotem,
Drzemiące w Dolinie za Mnichem,
Dają oparcie naszym stopom
W drodze na szczyty…Nasze szczyty…

Na Szpiglasowy?…Może na Cubrynę ?
Może do Chałubińskiego Wrót…?

A Mnich to wszystko błogosławi,
Cieniem na Czarny Staw rzucanym,
Gdy słońce mozolnie dopełnia dnia…

Tylko tu można być niezmienności pewnym…

 

Telbar

 

TATRZAŃSKIM I SZLAKAMI…

TATRZAŃSKIM I SZLAKAMI…

Welonem nocnych mgieł pokryte Tatry,
Zmorzone o słonecznym poranku snem-
Ze świtem ożywają światłem,cieniem…
Wraz z poranną rosą wchłaniają mnie…

Przywołują mnie swoim majestatem,
Obiecują mnóstwo niezbywalnych chwil…
Stoki witają limbami,smrekami…
Szczytom-wiatrem podszyta czapka z chmur…

Wracam,gdy po stokach płyną zmierzchłe mgły-
Jesienią bywają często takie dni…
Patrząc z dolin ku szczytom-znów tęskno mi…

Gdy naprawdę kochasz-to serce nawet
Wyczerpane koncert zmęczeniem swym gra…
Po zejściu z gór nigdy nie szkoda dnia…

Czesław

38b17b1a2f19ec7b4020108e83f4e87314190feniks

WYSZEDŁEM NA CHWILĘ…

Nie było mnie jakiś czas,gdyż od 10.09-16.09.2012 startowałem w igrzyskach WARMIA MAZURY SENIOR GAMES  2012  dla” 45- latków +”…:)))

To jeden z siedmiu zdobytych przeze mnie medali- w  badmintonie w grze singlowej  srebrny medal…:)))

Telbar

PS: Po komentarzu Leszka postanowiłem uszczegółowić wpis :

Pobiegłem na 200m  i  400m  -po dwa brązowe medale…

W  drugim dniu na 800m -złoty medal!!!

Następnie przeniosłem się na korty tenisowe i badmintonowe,bo to są właściwe moje specjalności:

brązowy medal w singlu w  i złoty w debla w tenisie

srebrny w singlu i złoty w debla w badmintonie…

Tak więc w sumie uzbierało się : trzy złote,jeden srebrny i  trzy brązowe-jak by nie liczyć -siedem…:)

Telbar

TATRZAŃSKIMI SZLAKAMI-KU SZCZYTOM…(Edyt.)

TATRZAŃSKIMI SZLAKAMI-KU SZCZYTOM…(Edyt.)

(Kilka słów wprowadzenia:Jest to fragment opowiadania o wędrówce po Tatrach. Jest ono pisane w takiej dziwnej, oryginalnej konwencji-otóż jest Tawerna z Wesołym Albatrosem w Herbie,której gospodarzem jest Imć Pan Zagłoba,który przy kapitańskim stole przyjmuje gości ,ciekaw niezwykłych opowieści…Jednym z kolejnych gości staję się ja i rozmawiamy taką niby-staropolszczyzną,a następnie po przyzwoleniu Gospodarza -snuję opowieść o wędrówce po szlakach tatrzańskich i tak wirtualnie oprowadzam Mości Zagłobę i wszystkich ,którzy się przysiądą -po tej Świątyni Natury-mojej MIŁOŚCI-TATRACH…)

Czas wyruszyć na szlak już w prawdziwe góry szlakiem zielonym,którego kolor niech da nam wszystkim nadzieję,że każdego,kto z nami zdecyduje się wybrać-spotka coś miłego,przeżyje coś wzniosłego,może coś zapamięta na długo…może spełni się jakieś marzenie…może…???
Za naszymi plecami -w dole-zostały ślady cywilizacji,szum świerków,szarpanych trochę wiatrem , zagłuszył już ostatni warkot silnika jakiegoś pędzącego auta…Przed nami czysta natura prawie nienaruszona działalnością człowieka. Zapach naturalnego lasu świerkowego wzmaga chęć do wysiłku,aby jak najszybciej coś nowego,ciekawego zobaczyć.Idziemy w poprzek jeszcze łagodnego stoku: po prawej stronie wyższe partie widać na tle nieba,po lewej w dół stok zbiega razem ze świerkami, których korony prawie naszych stóp sięgają,lekko się kołysząc, szumiąc,a ich cienie tańcząc sprawiają , że las się mieni wspaniałymi,zmiennymi barwami, wszystko własnym rytmem żyje…
Coraz głośniejsze nasze oddechy jakby współdźwięczą z szumem lasu,tworząc swoistą kapelę,a do tego różne stukanie naszych butów,zależne od tego,na co trafi nasza stopa-miękką ściółkę,piasek,czy głaz jakiś…
Idziemy tak równym rytmem dobre pół godziny,podziwiając w zmiennym świetle różne mniejsze,większe roślinki leśnego poszycia :jakieś krzewy,krzewinki,paprocie,kolorowe wrzosy, a miedzy nimi jakby zbiegające po zboczu małe ,duże głazy,zamarłe w bezruchu w czapach z puszystych mchów i porostów,,,Tak,jakby czas zatrzymał się w miejscu od dawna…
Po pewnym czasie do dźwięków naszej kapeli zaczynają dołączać jakieś nowe głosy:jakiś niby turkot,dziwny szum,jakieś pluski-to znak nieomylny,że zbliżamy się do górskiego potoku,który dnem Velickiej Doliny płynie.I rzeczywiście,zza kolejnego załamania stoku wyłania się w dole srebrem mieniąca się wstążka,wstążeczka-to Velicky Potok,dodający uroku tej cudnej dolinie,nasycając powietrze porannymi mgiełkami,unoszącymi się wśród nadbrzeżnych wrzosów ,krzewów,a wilgoć, pełznąca po zboczu tak silnie wzmacnia tu wszelkie zapachy ,że mamy wrażenie,jakbyśmy trafili do drogerii natury…
Po blisko godzinie spokojnego,cały czas wyraźnie pod górę,marszu-dość nagle- dolina silnie się zwęża ,a dwie prawie białe strome ściany skał zbliżają się do siebie-prawie na wyciągnięcie ręki.Nasz szlak przecina  w tym miejscu urwisty stok jeszcze stosunkowo niewysokiej góry o nazwie Velky Kriżny Kopec-liczący ponad 1300m.Szczególnie tym miejscu Velicky Potok tworzy piękne,spore wodospady,które głównie wiosną i późną jesienią całkiem groźnie huczą,bo i sam potok znaczne przybiera rozmiary w tym czasie.
Trochę dalej dochodzimy do mostku na drodze prowadzącej do górskiego hotelu „Sliezsky dom”(Śląski dom). Od tego miejsca szlak przybiera nowe szaty-idziemy prawie dnem doliny, brzegami potoku-raz jednym,raz drugim-cały czas z mocnymi dźwiękami szemrzącej zmiennie wody.Tu ,jeśli dopisze nam szczęście,możemy zobaczyć ciekawą scenkę:na mokrym kamieniu stoi brunatno-rdzawy ,nieduży ptaszek,podobny do wróbla(bo i do rzędu wróblowatych przynależy),ale o dziwnych obyczajach-stoi,łepek przechyla do dołu,jakby przeglądał się w wodzie i…nagle znika.Przez pewien czas go nie ma…i nagle znów  się zjawia…wystrzeliwując z wody w oka mgnieniu-to pluszcz wodny,w ten sposób zdobywający pożywienie,piękna ozdoba górskich potoków.
Jesteśmy już wysoko,świerki coraz niższe,rzadsze,sporo połamanych przez wichry halne,czasem ze starości,po lewej stronie pojawia się bezdrzewna polana…i prawie nagle świerki ustępują pola królowej wyższych partii gór-wiecznie zielonej kosodrzewinie,której ,płożące się po ziemi pnie,konary,są powywijane,niczym jakieś węże w morderczej walce…To porównanie jest trafne chyba,bo to wynik walki rośliny o przetrwanie z żywiołami:śniegiem,deszczem,wichrami -na śmierć i życie…o życie…
W nagrodę za wysiłek mamy teraz kilkusetmetrowy spacer,prawie po płaskim terenie , wśród łanów kosodrzewiny,przyozdobionych pięknymi kwiatami :pełnikami,goryczkami,kuklikami,  omiegami i górującymi nad nimi bylinami o ogromnych,prawie okrągłych liściach i wyniesionych na wysokiej łodydze żółtych kwiatach o nazwie” Miłosna górska”. Na górnej granicy kosodrzewiny stoi -wspomniany wcześniej-Śląski dom,na brzegu uroczego,wydłużonego
jeziora o niezaskakującej nazwie Velicke Pleso o turkusowo-granatowej barwie:takie piękne lustro dla nieba i obłoków…
Mości Zagłobo!Jesteśmy u celu pierwszego etapu naszej wędrówki na wysokości już 1670m.To już sporo,zważywszy,że Tatranska Polianka to 1000m.Wszystkim,którzy wytrwali w tym zmaganiu z górami,a przede wszystkim ze swoimi słabościami,należy się teraz odpoczynek i wzmocnienie, więc poczęstuj” czym chata bogata”i wyciągnij beczułkę tego  smakowitego trójniaka,a pogwarz trochę w swoim stylu teraz Waszmość,bo mnie trochę w gardle zaschło od ciągłego gadania-może zasłużyłem choć na łyk trójniaka i odzyskanie głosu przed następnym etapem…
A to już będzie jeszcze całkiem inna bajka, gdzie już wyższej rośliny nie ujrzysz, ale jakie skały, jakie  pejzaże…

W pas się kłaniam !!!

Telbar