MAGIA MORSKIEGO OKA…

 

MAGIA MORSKIEGO OKA…

Tym,którzy choć raz w głębinach  Morskiego Oka  wzrok zanurzyli…

Gór ślad w pamięci zatopiony,
Niczym Mięguszowieckie w Morskim Oku,
Pod powiekami zadumy schowany
Błyszczy jak brylant z Rybiego Potoku…

Dziewięćsił,pajęczyną mocno oplątany
Świeci , jak słońce w barwnej aureoli,
Gdy w porannej rosy perłach  skąpany-
Mieni się wszystkimi tęczy kolorami …

Pójdźmy mozolnie ponad Morskie Oko
Ścieżyną w poprzek Miedzianego stoku-
Tam,gdzie okiem więcej ogarnąć można
Cudów,które się chciało stworzyć Bogu…

Ostatnia kosodrzewina,która zapomniała,
Że dla niej to już za wysoko-
Wskazuje drogę nam ku szczytom ,
Na pożegnanie szum roztacza wokół…

Głazy spowite porostów złotem,
Drzemiące w Dolinie za Mnichem,
Dają oparcie naszym stopom
W drodze na szczyty…Nasze szczyty…

Na Szpiglasowy?…Może na Cubrynę ?
Może do Chałubińskiego Wrót…?

A Mnich to wszystko błogosławi,
Cieniem na Czarny Staw rzucanym,
Gdy słońce mozolnie dopełnia dnia…

Tylko tu można być niezmienności pewnym…

 

Telbar

 

TATRZAŃSKIE REMINISCENCJE…

TATRZAŃSKIE REMINISCENCJE…

Tym, którzy Tatry kochają…
Mam w pamięci taki zakopiański obraz utkwiony…:
Nosal, wiszący nad Kuźnicami kilkudziesięciometrowymi pionowymi ścianami skalnymi, patrzącymi ku zachodowi-pooranymi licznymi mniejszymi, większymi szczelinami… bruzdami… załomkami…
Wysoko nad przepaścią-dawno, dawno temu-w tej pionowej ścianie nasionko kosodrzewiny figlarny wiatr umieścił, o piękno naszych Tatr zatroskany…I wyrósł krzew , korzeniami wgryzający się w skałę, w każdą najmniejszą nawet szczelinkę -w walce o pokarm i przetrwanie,  a na zewnątrz- z roku na rok większy -piękny pióropusz zielonych igieł do powywijanego pnia przyczepiony, z gałązkami skierowanymi do nieba- nad wielką przepaścią wiszący samotnie…
Falujący, muskany delikatnym wiaterkiem w pogodne dni…
Łapczywie chwytający krople wody, gdy niebo deszczem płacze…
Szarpany silnie halnym, pod jego naporem uginający się – aby przetrwać…
Wszystko to – ciągle na przemian- wczoraj… dziś … teraz… jutro… nocą i za dnia białego- w każdej chwili istnienia…
Bez pewności, co będzie jutro…I czy będzie jutro…
Jak u ludzi…
A jednak warto tak zaistnieć – choćby na chwilę… na rok… na dwa… a może na dłużej ???
Może na zawsze ???

Telbar

MAGIA MORSKIEGO OKA…

MAGIA MORSKIEGO OKA…

Tym,którzy choć raz w głębinach  Morskiego Oka  wzrok zanurzyli…

Gór ślad w pamięci zatopiony,
Niczym Mięguszowieckie w Morskim Oku,
Pod powiekami zadumy schowany
Błyszczy jak brylant z Rybiego Potoku…

Dziewięćsił,pajęczyną mocno oplątany
Świeci , jak słońce w barwnej aureoli,
Gdy w porannej rosy perłach  skąpany-
Mieni się wszystkimi tęczy kolorami …

Pójdźmy mozolnie ponad Morskie Oko
Ścieżyną w poprzek Miedzianego stoku-
Tam,gdzie okiem więcej ogarnąć można
Cudów,które się chciało stworzyć Bogu…

Ostatnia kosodrzewina,która zapomniała,
Że dla niej to już za wysoko-
Wskazuje drogę nam ku szczytom ,
Na pożegnanie szum roztacza wokół…

Głazy spowite porostów złotem,
Drzemiące w Dolinie za Mnichem,
Dają oparcie naszym stopom
W drodze na szczyty…Nasze szczyty…

Na Szpiglasowy?…Może na Cubrynę ?
Może do Chałubińskiego Wrót…?

A Mnich to wszystko błogosławi,
Cieniem na Czarny Staw rzucanym,
Gdy słońce mozolnie dopełnia dnia…

Tylko tu można być niezmienności pewnym…

Telbar

MOJA ZA TATRAMI TĘSKNOTA

MOJA ZA TATRAMI TĘSKNOTA

Słyszałem szmery igliwia,gałęzi smreków-
Szarpanych bezustannie wiatrami od wieków…
Słyszałem kosodrzewiny ciche szemranie,
Gdy lekki zefirek wyszedł jej na spotkanie…
Słyszałem szum ostrych traw,rosnących płatami,
Które przycupnęły wysoko pod głazami…
Słyszałem świstaków świsty przeszywające,
W moich uszach do tej pory świdrujące…
Słyszałem groźne jęki potężnej Siklawy
Z tak bliska,że krople na twarz mi padały…
Słyszałem szmery potoków w dolinach
Kluczących,tańczących z wielkimi głazami…
Czerpałem kryształową ich wodę garściami…

Więc BYŁEM…

Może niedługo zostawię rodzinne mury-
Płonące serce poniosę ku szczytom…w chmury…
Tam,gdzie moja wierna miłość wciąż na mnie czeka…
Wtedy do złotego głazu przytulę twarz moją…
Łzami szczęścia porosty spragnione napoję
I cicho,cichutko wyszepczę do nich czule…

Znów JESTEM…

Więc ŻYJĘ…

Telbar

MAGIA MORSKIEGO OKA…

MAGIA MORSKIEGO OKA…

Tym,którzy choć raz w głębinach  Morskiego Oka  wzrok zanurzyli…

Gór ślad w pamięci zatopiony,
Niczym Mięguszowieckie w Morskim Oku,
Pod powiekami zadumy schowany
Błyszczy jak brylant z Rybiego Potoku…

Dziewięćsił,pajęczyną mocno oplątany
Świeci , jak słońce w barwnej aureoli,
Gdy w porannej rosy perłach  skąpany-
Mieni się wszystkimi tęczy kolorami …

Pójdźmy mozolnie ponad Morskie Oko
Ścieżyną w poprzek Miedzianego stoku-
Tam,gdzie okiem więcej ogarnąć można
Cudów,które się chciało stworzyć Bogu…

Ostatnia kosodrzewina,która zapomniała,
Że dla niej to już za wysoko-
Wskazuje drogę nam ku szczytom ,
Na pożegnanie szum roztacza wokół…

Głazy spowite porostów złotem,
Drzemiące w Dolinie za Mnichem,
Dają oparcie naszym stopom
W drodze na szczyty…Nasze szczyty…

Na Szpiglasowy?…Może na Cubrynę ?
Może do Chałubińskiego Wrót…?

A Mnich to wszystko błogosławi,
Cieniem na Czarny Staw rzucanym,
Gdy słońce mozolnie dopełnia dnia…

Tylko tu można być niezmienności pewnym…

Telbar

TATRZAŃSKIE REMINISCENCJE…(Tym,którzy Tatry kochają…)

TATRZAŃSKIE REMINISCENCJE…

Tym,którzy Tatry kochają…

Mam w pamięci taki obraz utkwiony…:

Nosal,wiszący nad Kuźnicami  kilkudziesięciometrowymi pionowymi ścianami skalnymi, patrzącymi ku zachodowi-pooranymi licznymi mniejszymi,większymi szczelinami… bruzdami… załomkami…

Wysoko nad przepaścią-dawno,dawno temu-w tej pionowej ścianie nasionko kosodrzewiny figlarny wiatr umieścił,o piękno naszych Tatr zatroskany…I wyrósł krzew ,korzeniami wgryzający się w skałę,w każdą najmniejszą nawet szczelinkę -w walce o pokarm i przetrwanie,a na zewnątrz- z  roku na rok większy -piękny pióropusz zielonych igieł do powywijanego pnia przyczepiony,z gałązkami skierowanymi do nieba-nad wielką przepaścią wiszący samotnie…

Falujący,muskany delikatnym wiaterkiem w pogodne dni…

Łapczywie chwytający krople wody,gdy niebo deszczem płacze…

Szarpany silnie halnym,pod jego naporem uginający się -aby przetrwać…

Wszystko to -ciągle na przemian-wczoraj…dziś …teraz…jutro…nocą i  za dnia białego-w każdej chwili istnienia…

Bez pewności,co będzie jutro…I czy będzie jutro…

Jak u ludzi…

A jednak warto tak zaistnieć – choćby na chwilę…na rok… na dwa… a może na dłużej ???

Może na zawsze ???

Telbar

TATRZAŃSKIE WĘDRÓWKI(Fragment opowieści o tatrzańskich szlakach…)

Witam Panie Zagłobo !

Czas wyruszyć na szlak już w prawdziwe góry szlakiem zielonym,którego kolor niech da nam wszystkim nadzieję,że każdego,kto z nami zdecyduje się wybrać-spotka coś miłego,przeżyje coś wzniosłego,może coś zapamięta na długo…może spełni się jakieś marzenie…może…???
Za naszymi plecami -w dole-zostały ślady cywilizacji,szum świerków,szarpanych trochę wiatrem ,zagłuszył już ostatni warkot silnika jakiegoś pędzącego auta…Przed nami czysta natura prawienie naruszona działalnością człowieka….Zapach naturalnego lasu świerkowego wzmaga chęć do wysiłku,aby jak najszybciej coś nowego,ciekawego zobaczyć.Idziemy w poprzek jeszcze łagodnego stoku :po prawej stronie wyższe partie widać na tle nieba,po lewej w dół stok zbiega razem ze świerkami, których korony prawie naszych stóp sięgają,lekko się kołysząc, szumiąc,a ich cienie tańcząc sprawiają , że las się mieni wspaniałymi,zmiennymi barwami, wszystko własnym rytmem żyje…
.Coraz głośniejsze nasze oddechy jakby współdźwięczą z szumem lasu,tworząc swoistą kapelę,a do tego różne stukanie naszych butów,zależne od tego,na co trafi nasza stopa-miękką ściółkę,piasek,czy głaz jakiś…
Idziemy tak równym rytmem dobre pół godziny,podziwiając w zmiennym świetle różne mniejsze,większe roślinki leśnego poszycia :jakieś krzewy,krzewinki,paprocie,kolorowe wrzosy, a miedzy nimi jakby zbiegające po zboczu małe ,duże głazy,zamarłe w bezruchu w czapach z puszystych mchów i porostów,,,Tak,jakby czas zatrzymał się w miejscu od dawna…
Po pewnym czasie do dźwięków naszej kapeli zaczynają dołączać jakieś nowe głosy:jakiś niby turkot,dziwny szum,jakieś pluski-to znak nieomylny,że zbliżamy się do górskiego potoku,który dnem Velickiej Doliny płynie.I rzeczywiście,zza kolejnego załamania stoku wyłania się w dole srebrem mieniąca się wstążka,wstążeczka-to Velicky Potok,dodający uroku tej cudnej dolinie,nasycając powietrze porannymi mgiełkami,unoszącymi się wśród nadbrzeżnych wrzosów ,krzewów,a wilgoć, pełznąca po zboczu tak silnie wzmacnia tu wszelkie zapachy ,że mamy wrażenie,jakbyśmy trafili do drogerii natury…
Po blisko godzinie spokojnego,cały czas wyraźnie pod górę,marszu-dość nagle- dolina silnie się zwęża ,a dwie prawie białe strome ściany skał zbliżają się do siebie-prawie na wyciągnięcie ręki.Nasz szlak przecina  w tym miejscu urwisty stok jeszcze stosunkowo niewysokiej góry o nazwie Velky Kriżny Kopec-liczący ponad 1300m.Szczególnie tym miejscu Velicky Potok tworzy piękne,spore wodospady,które głównie wiosną i późną jesienią całkiem groźnie huczą,bo i sam potok znaczne przybiera rozmiary w tym czasie.
Trochę dalej dochodzimy do mostku na drodze prowadzącej do górskiego hotelu „Sliezsky dom”(Śląski dom).Od tego miejsca szlak przybiera nowe szaty-idziemy prawie dnem doliny, brzegami potoku-raz jednym,raz drugim-cały czas z mocnymi dźwiękami szemrzącej zmiennie wody.Tu ,jeśli dopisze nam szczęście,możemy zobaczyć ciekawą scenkę:na mokrym kamieniu stoi brunatno-rdzawy ,nieduży ptaszek,podobny do wróbla(bo i do rzędu wróblowatych przynależy),ale o dziwnych obyczajach-stoi,łepek przechyla do dołu,jakby przeglądał się w wodzie i…nagle znika.Przez pewien czas go nie ma…i nagle znów  się zjawia…wystrzeliwując z wody w oka mgnieniu-to pluszcz wodny,w ten sposób zdobywający pożywienie,piękna ozdoba górskich potoków.
Jesteśmy już wysoko,świerki coraz niższe,rzadsze,sporo połamanych przez wichry halne,czasem ze starości,po lewej stronie pojawia się bezdrzewna polana…i prawie nagle świerki ustępują pola królowej wyższych partii gór-wiecznie zielonej kosodrzewinie,której ,płożące się po ziemi pnie,konary,są powywijane,niczym jakieś węże w morderczej walce…To porównanie jest trafne chyba,bo to wynik walki rośliny o przetrwanie z żywiołami:śniegiem,deszczem,w ich  rami -na śmierć i życie…o życie…
W nagrodę za wysiłek mamy teraz kilkusetmetrowy spacer,prawie po płaskim terenie , wśród łanów kosodrzewiny,przyozdobionych pięknymi kwiatami :pełnikami,goryczkami,kuklikami,  omiegami i górującymi nad nimi bylinami o ogromnych,prawie okrągłych liściach i wyniesionych na wysokiej łodydze żółtych kwiatach o nazwie” Miłosna górska”.Na górnej granicy kosodrzewiny stoi -wspomniany wcześniej-Śląski dom,na brzegu uroczego,wydłużonego
jeziora o niezaskakującej nazwie Velicke Pleso o turkusowo-granatowej barwie:takie piękne lustro dla nieba i obłoków…
Mości Zagłobo!Jesteśmy u celu pierwszego etapu naszej wędrówki na wysokości już 1670m.To już sporo,zważywszy,że Tatranska Polianka to 1000m.Wszystkim,którzy wytrwali w tym zmaganiu z górami,a przede wszystkim ze swoimi słabościami,należy się teraz odpoczynek i wzmocnienie, więc poczęstuj” czym chata bogata”i wyciągnij beczułkę tego  smakowitego trójniaka,a pogwarz trochę w swoim stylu teraz Waszmość,bo mnie trochę w gardle zaschło od ciągłego gadania-może zasłużyłem choć na łyk trójniaka i odzyskanie głosu przed następnym etapem…
A to już będzie jeszcze całkiem inna bajka, gdzie już wyższej rośliny nie ujrzysz, ale jakie skały, jakie  pejzaże…

W pas się kłaniam !!!

Telbar

MAGIA TATR…

M A G I A     T A T R . . .

Byłem w teatrze przedziwnym,
a był tak wielki,
Że za kurtyny-służyły mu świerki…
Ogromne…
A za scenografię-skaliste mury,
Tak wysokie,że zawadzały o chmury…
Puszyste…

Wreszcie spektakl się zaczął,
kurtyny ożyły
I  nagle  tak  się  rozstąpiły-
jakoś  dziwnie :
Do  góry,
do  dołu,
na  boki ,
do  przodu . . .
I pojawiły się kamienne schody.
Do nieba . . .

I otoczyły nas świerki  dokoła ,
A spośród nich jakiś głos nas woła :
Chodźcie ,zagrajcie ,
Bo nie obsadzone jeszcze główne role . . .
Spoza kurtyn świerkowych
Wychyliło się wiele kwiatów kolorowych
Wśród  łanów  kosodrzewiny  i  trawy . . .
A nad nimi stały przeogromne skały ,
Które w przedziwnych pozach skamieniały :
Młynarza . . .Gerlacha . . . Łomnicy . . .

Patrzymy zachwyceni na odległe turnie ,
Trzymające swe głowy
W białych  chmurach  dumnie…
Niewzruszone…
I stała się rzecz dziwna niesłychanie :
Bo te góry,
gdy tak patrzyliśmy na nie-
ruszyły w naszą stronę…
I z każdą chwilą były coraz bliżej ,
A jednocześnie i szerzej i wyżej -
Nad nami …
Pod nami …
Dokoła …

I tylko dziwne było,że za to podziwianie-
Jedyną  zapłatą  było  nasze  zasapanie
I rzęsisty deszcz potu
Na trawy…
I skały…
I głazy . . .

I nadszedł koniec . . . I słońce pobladło . . .
Tylko w oddali widać było kolorowe światła :
Nowej Leśnej ,
Smokowca,
Popradu . . .
A nad nimi :pomarańczowy księżyc,
Jak kolorowy lampion z cieniutkiej bibułki . . .
Jak w krainie baśni. . .

NIE  JEDEN  w  GÓRACH  odnalazł  swą  DROGĘ. . .

Telbar

(Duch gór…)

MOJA ZA TATRAMI TĘSKNOTA

MOJA ZA TATRAMI TĘSKNOTA

Słyszałem szmery igliwia,gałęzi smreków-
Szarpanych bezustannie wiatrami od wieków…
Słyszałem kosodrzewiny ciche szemranie,
Gdy lekki zefirek wyszedł jej na spotkanie…
Słyszałem szum ostrych traw,rosnących płatami,
Które przycupnęły wysoko pod głazami…
Słyszałem świstaków świsty przeszywające,
W moich uszach do tej pory świdrujące…
Słyszałem groźne jęki potężnej Siklawy
Z tak bliska,że krople na twarz mi padały…
Słyszałem szmery potoków w dolinach
Kluczących,tańczących z wielkimi głazami…
Czerpałem kryształową ich wodę garściami…

.                                                                    Więc BYŁEM…

Może  niedługo  zostawię  rodzinne  mury-
Płonące serce poniosę ku szczytom…w chmury…
Tam,gdzie moja wierna miłość wciąż na mnie czeka…
Wtedy do złotego głazu przytulę twarz moją…
Łzami szczęścia porosty spragnione napoję
I cicho,cichutko wyszepczę do nich czule…

.                                     Znów  JESTEM…

.                                                                              Więc ŻYJĘ…

Telbar

TATRZAŃSKIMI SZLAKAMI-KU SZCZYTOM…(Edyt.)

TATRZAŃSKIMI SZLAKAMI-KU SZCZYTOM…(Edyt.)

(Kilka słów wprowadzenia:Jest to fragment opowiadania o wędrówce po Tatrach. Jest ono pisane w takiej dziwnej, oryginalnej konwencji-otóż jest Tawerna z Wesołym Albatrosem w Herbie,której gospodarzem jest Imć Pan Zagłoba,który przy kapitańskim stole przyjmuje gości ,ciekaw niezwykłych opowieści…Jednym z kolejnych gości staję się ja i rozmawiamy taką niby-staropolszczyzną,a następnie po przyzwoleniu Gospodarza -snuję opowieść o wędrówce po szlakach tatrzańskich i tak wirtualnie oprowadzam Mości Zagłobę i wszystkich ,którzy się przysiądą -po tej Świątyni Natury-mojej MIŁOŚCI-TATRACH…)

Czas wyruszyć na szlak już w prawdziwe góry szlakiem zielonym,którego kolor niech da nam wszystkim nadzieję,że każdego,kto z nami zdecyduje się wybrać-spotka coś miłego,przeżyje coś wzniosłego,może coś zapamięta na długo…może spełni się jakieś marzenie…może…???
Za naszymi plecami -w dole-zostały ślady cywilizacji,szum świerków,szarpanych trochę wiatrem , zagłuszył już ostatni warkot silnika jakiegoś pędzącego auta…Przed nami czysta natura prawie nienaruszona działalnością człowieka. Zapach naturalnego lasu świerkowego wzmaga chęć do wysiłku,aby jak najszybciej coś nowego,ciekawego zobaczyć.Idziemy w poprzek jeszcze łagodnego stoku: po prawej stronie wyższe partie widać na tle nieba,po lewej w dół stok zbiega razem ze świerkami, których korony prawie naszych stóp sięgają,lekko się kołysząc, szumiąc,a ich cienie tańcząc sprawiają , że las się mieni wspaniałymi,zmiennymi barwami, wszystko własnym rytmem żyje…
Coraz głośniejsze nasze oddechy jakby współdźwięczą z szumem lasu,tworząc swoistą kapelę,a do tego różne stukanie naszych butów,zależne od tego,na co trafi nasza stopa-miękką ściółkę,piasek,czy głaz jakiś…
Idziemy tak równym rytmem dobre pół godziny,podziwiając w zmiennym świetle różne mniejsze,większe roślinki leśnego poszycia :jakieś krzewy,krzewinki,paprocie,kolorowe wrzosy, a miedzy nimi jakby zbiegające po zboczu małe ,duże głazy,zamarłe w bezruchu w czapach z puszystych mchów i porostów,,,Tak,jakby czas zatrzymał się w miejscu od dawna…
Po pewnym czasie do dźwięków naszej kapeli zaczynają dołączać jakieś nowe głosy:jakiś niby turkot,dziwny szum,jakieś pluski-to znak nieomylny,że zbliżamy się do górskiego potoku,który dnem Velickiej Doliny płynie.I rzeczywiście,zza kolejnego załamania stoku wyłania się w dole srebrem mieniąca się wstążka,wstążeczka-to Velicky Potok,dodający uroku tej cudnej dolinie,nasycając powietrze porannymi mgiełkami,unoszącymi się wśród nadbrzeżnych wrzosów ,krzewów,a wilgoć, pełznąca po zboczu tak silnie wzmacnia tu wszelkie zapachy ,że mamy wrażenie,jakbyśmy trafili do drogerii natury…
Po blisko godzinie spokojnego,cały czas wyraźnie pod górę,marszu-dość nagle- dolina silnie się zwęża ,a dwie prawie białe strome ściany skał zbliżają się do siebie-prawie na wyciągnięcie ręki.Nasz szlak przecina  w tym miejscu urwisty stok jeszcze stosunkowo niewysokiej góry o nazwie Velky Kriżny Kopec-liczący ponad 1300m.Szczególnie tym miejscu Velicky Potok tworzy piękne,spore wodospady,które głównie wiosną i późną jesienią całkiem groźnie huczą,bo i sam potok znaczne przybiera rozmiary w tym czasie.
Trochę dalej dochodzimy do mostku na drodze prowadzącej do górskiego hotelu „Sliezsky dom”(Śląski dom). Od tego miejsca szlak przybiera nowe szaty-idziemy prawie dnem doliny, brzegami potoku-raz jednym,raz drugim-cały czas z mocnymi dźwiękami szemrzącej zmiennie wody.Tu ,jeśli dopisze nam szczęście,możemy zobaczyć ciekawą scenkę:na mokrym kamieniu stoi brunatno-rdzawy ,nieduży ptaszek,podobny do wróbla(bo i do rzędu wróblowatych przynależy),ale o dziwnych obyczajach-stoi,łepek przechyla do dołu,jakby przeglądał się w wodzie i…nagle znika.Przez pewien czas go nie ma…i nagle znów  się zjawia…wystrzeliwując z wody w oka mgnieniu-to pluszcz wodny,w ten sposób zdobywający pożywienie,piękna ozdoba górskich potoków.
Jesteśmy już wysoko,świerki coraz niższe,rzadsze,sporo połamanych przez wichry halne,czasem ze starości,po lewej stronie pojawia się bezdrzewna polana…i prawie nagle świerki ustępują pola królowej wyższych partii gór-wiecznie zielonej kosodrzewinie,której ,płożące się po ziemi pnie,konary,są powywijane,niczym jakieś węże w morderczej walce…To porównanie jest trafne chyba,bo to wynik walki rośliny o przetrwanie z żywiołami:śniegiem,deszczem,wichrami -na śmierć i życie…o życie…
W nagrodę za wysiłek mamy teraz kilkusetmetrowy spacer,prawie po płaskim terenie , wśród łanów kosodrzewiny,przyozdobionych pięknymi kwiatami :pełnikami,goryczkami,kuklikami,  omiegami i górującymi nad nimi bylinami o ogromnych,prawie okrągłych liściach i wyniesionych na wysokiej łodydze żółtych kwiatach o nazwie” Miłosna górska”. Na górnej granicy kosodrzewiny stoi -wspomniany wcześniej-Śląski dom,na brzegu uroczego,wydłużonego
jeziora o niezaskakującej nazwie Velicke Pleso o turkusowo-granatowej barwie:takie piękne lustro dla nieba i obłoków…
Mości Zagłobo!Jesteśmy u celu pierwszego etapu naszej wędrówki na wysokości już 1670m.To już sporo,zważywszy,że Tatranska Polianka to 1000m.Wszystkim,którzy wytrwali w tym zmaganiu z górami,a przede wszystkim ze swoimi słabościami,należy się teraz odpoczynek i wzmocnienie, więc poczęstuj” czym chata bogata”i wyciągnij beczułkę tego  smakowitego trójniaka,a pogwarz trochę w swoim stylu teraz Waszmość,bo mnie trochę w gardle zaschło od ciągłego gadania-może zasłużyłem choć na łyk trójniaka i odzyskanie głosu przed następnym etapem…
A to już będzie jeszcze całkiem inna bajka, gdzie już wyższej rośliny nie ujrzysz, ale jakie skały, jakie  pejzaże…

W pas się kłaniam !!!

Telbar

TATRZAŃSKIMI SZLAKAMI-KU SZCZYTOM…

TATRZAŃSKIMI SZLAKAMI-KU SZCZYTOM…

(Kilka słów wprowadzenia:Jest to fragment opowiadania o wędrówce po Tatrach. Jest ono pisane w takiej dziwnej, oryginalnej konwencji-otóż jest Tawerna z Wesołym Albatrosem w Herbie,której gospodarzem jest Imć Pan Zagłoba,który przy kapitańskim stole przyjmuje gości ,ciekaw niezwykłych opowieści…Jednym z kolejnych gości staję się ja i rozmawiamy taką niby-staropolszczyzną,a następnie po przyzwoleniu Gospodarza -snuję opowieść o wędrówce po szlakach tatrzańskich i tak wirtualnie oprowadzam Mości Zagłobę i wszystkich ,którzy się przysiądą -po tej Świątyni Natury-mojej MIŁOŚCI-TATRACH…)

Czas wyruszyć na szlak już w prawdziwe góry szlakiem zielonym,którego kolor niech da nam wszystkim nadzieję,że każdego,kto z nami zdecyduje się wybrać-spotka coś miłego,przeżyje coś wzniosłego,może coś zapamięta na długo…może spełni się jakieś marzenie…może…???
Za naszymi plecami -w dole-zostały ślady cywilizacji,szum świerków,szarpanych trochę wiatrem , zagłuszył już ostatni warkot silnika jakiegoś pędzącego auta…Przed nami czysta natura prawie nienaruszona działalnością człowieka….Zapach naturalnego lasu świerkowego wzmaga chęć do wysiłku,aby jak najszybciej coś nowego,ciekawego zobaczyć.Idziemy w poprzek jeszcze łagodnego stoku :po prawej stronie wyższe partie widać na tle nieba,po lewej w dół stok zbiega razem ze świerkami, których korony prawie naszych stóp sięgają,lekko się kołysząc, szumiąc,a ich cienie tańcząc sprawiają , że las się mieni wspaniałymi,zmiennymi barwami, wszystko własnym rytmem żyje…
Coraz głośniejsze nasze oddechy jakby współdźwięczą z szumem lasu,tworząc swoistą kapelę,a do tego różne stukanie naszych butów,zależne od tego,na co trafi nasza stopa-miękką ściółkę,piasek,czy głaz jakiś…
Idziemy tak równym rytmem dobre pół godziny,podziwiając w zmiennym świetle różne mniejsze,większe roślinki leśnego poszycia :jakieś krzewy,krzewinki,paprocie,kolorowe wrzosy, a miedzy nimi jakby zbiegające po zboczu małe ,duże głazy,zamarłe w bezruchu w czapach z puszystych mchów i porostów,,,Tak,jakby czas zatrzymał się w miejscu od dawna…
Po pewnym czasie do dźwięków naszej kapeli zaczynają dołączać jakieś nowe głosy:jakiś niby turkot,dziwny szum,jakieś pluski-to znak nieomylny,że zbliżamy się do górskiego potoku,który dnem Velickiej Doliny płynie.I rzeczywiście,zza kolejnego załamania stoku wyłania się w dole srebrem mieniąca się wstążka,wstążeczka-to Velicky Potok,dodający uroku tej cudnej dolinie,nasycając powietrze porannymi mgiełkami,unoszącymi się wśród nadbrzeżnych wrzosów ,krzewów,a wilgoć, pełznąca po zboczu tak silnie wzmacnia tu wszelkie zapachy ,że mamy wrażenie,jakbyśmy trafili do drogerii natury…
Po blisko godzinie spokojnego,cały czas wyraźnie pod górę,marszu-dość nagle- dolina silnie się zwęża ,a dwie prawie białe strome ściany skał zbliżają się do siebie-prawie na wyciągnięcie ręki.Nasz szlak przecina  w tym miejscu urwisty stok jeszcze stosunkowo niewysokiej góry o nazwie Velky Kriżny Kopec-liczący ponad 1300m.Szczególnie tym miejscu Velicky Potok tworzy piękne,spore wodospady,które głównie wiosną i późną jesienią całkiem groźnie huczą,bo i sam potok znaczne przybiera rozmiary w tym czasie.
Trochę dalej dochodzimy do mostku na drodze prowadzącej do górskiego hotelu „Sliezsky dom”(Śląski dom).Od tego miejsca szlak przybiera nowe szaty-idziemy prawie dnem doliny, brzegami potoku-raz jednym,raz drugim-cały czas z mocnymi dźwiękami szemrzącej zmiennie wody.Tu ,jeśli dopisze nam szczęście,możemy zobaczyć ciekawą scenkę:na mokrym kamieniu stoi brunatno-rdzawy ,nieduży ptaszek,podobny do wróbla(bo i do rzędu wróblowatych przynależy),ale o dziwnych obyczajach-stoi,łepek przechyla do dołu,jakby przeglądał się w wodzie i…nagle znika.Przez pewien czas go nie ma…i nagle znów  się zjawia…wystrzeliwując z wody w oka mgnieniu-to pluszcz wodny,w ten sposób zdobywający pożywienie,piękna ozdoba górskich potoków.
Jesteśmy już wysoko,świerki coraz niższe,rzadsze,sporo połamanych przez wichry halne,czasem ze starości,po lewej stronie pojawia się bezdrzewna polana…i prawie nagle świerki ustępują pola królowej wyższych partii gór-wiecznie zielonej kosodrzewinie,której ,płożące się po ziemi pnie,konary,są powywijane,niczym jakieś węże w morderczej walce…To porównanie jest trafne chyba,bo to wynik walki rośliny o przetrwanie z żywiołami:śniegiem,deszczem,wichrami -na śmierć i życie…o życie…
W nagrodę za wysiłek mamy teraz kilkusetmetrowy spacer,prawie po płaskim terenie , wśród łanów kosodrzewiny,przyozdobionych pięknymi kwiatami :pełnikami,goryczkami,kuklikami,  omiegami i górującymi nad nimi bylinami o ogromnych,prawie okrągłych liściach i wyniesionych na wysokiej łodydze żółtych kwiatach o nazwie” Miłosna górska”.Na górnej granicy kosodrzewiny stoi -wspomniany wcześniej-Śląski dom,na brzegu uroczego,wydłużonego
jeziora o niezaskakującej nazwie Velicke Pleso o turkusowo-granatowej barwie:takie piękne lustro dla nieba i obłoków…
Mości Zagłobo!Jesteśmy u celu pierwszego etapu naszej wędrówki na wysokości już 1670m.To już sporo,zważywszy,że Tatranska Polianka to 1000m.Wszystkim,którzy wytrwali w tym zmaganiu z górami,a przede wszystkim ze swoimi słabościami,należy się teraz odpoczynek i wzmocnienie, więc poczęstuj” czym chata bogata”i wyciągnij beczułkę tego  smakowitego trójniaka,a pogwarz trochę w swoim stylu teraz Waszmość,bo mnie trochę w gardle zaschło od ciągłego gadania-może zasłużyłem choć na łyk trójniaka i odzyskanie głosu przed następnym etapem…
A to już będzie jeszcze całkiem inna bajka, gdzie już wyższej rośliny nie ujrzysz, ale jakie skały, jakie  pejzaże…

W pas się kłaniam !!!

Telbar

MAGIA MORSKIEGO OKA…

MNICH NA TLE MORSKIEGO OKA WIDZIANY ZE SZPIGLASOWEGO WIERCHU ,

GDY SŁOŃCE MOZOLNIE DOBIEGA DNIA…

MAGIA MORSKIEGO OKA…
Tym,którzy choć raz w Morskim Oku wzrok zanurzyli…

Gór ślad w pamięci zatopiony,
Niczym Mięguszowieckie w Morskim Oku,
Pod powiekami zadumy schowany
Błyszczy jak brylant z Rybiego Potoku…

Dziewięćsił,pajęczyną mocno oplątany
Błyszczy ,jak słońce w aureoli,
Gdy w porannej rosie skąpany-
Mieniąc się wszystkimi tęczy kolorami …

Pójdźmy mozolnie ponad Morskie Oko
Ścieżyną w poprzek Miedzianego stoku-
Tam,gdzie okiem więcej ogarnąć można
Cudów,które się chciało stworzyć Bogu…

Ostatnia kosodrzewina,która zapomniała,
Że dla niej to już za wysoko-
Wskazuje drogę nam ku szczytom ,
Na pożegnanie szum roztacza wokół…

Głazy spowite porostów złotem,
Drzemiące w Dolinie za Mnichem,
Dają oparcie naszym stopom
W drodze na szczyty…Nasze szczyty…

Na Szpiglasowy?…Może na Cubrynę ?
Może do Chałubińskiego Wrót…?

A Mnich to wszystko błogosławi,
Cieniem na Czarny Staw rzucanym,
Gdy słońce mozolnie dopełnia dnia…

Telbar