TATRZAŃSKIMI SZLAKAMI… Sonet XXI

TATRZAŃSKIMI SZLAKAMI…
Sonet XXI

Gdy zapachem jagód,wrzosów witasz brzask…
Gdy ptaków niemiłosierny słyszysz wrzask…
Gdy zapach świerków rządzi Twoimi zmysłami,
Gdy słyszysz szum pszczół -idziesz dolinami…

Gdy słyszysz szumy traw wiatrem niesione…
Gdy porosty świecą jakby pozłocone…
Gdy wilgoć obłoków omywa Twą twarz…
Jesteś wysoko-regle pod stopami masz…

Gdy widzisz orła i błysk w jego oku…
Gdy obłoki płyną na tle potoku…
Gdy widzisz nad sobą tylko chabry nieba-

Jesteś na szczycie-wyżej już nie trzeba…
Nie można już bliżej nieba…Chyba,że…
Jestem z Tobą…Nieważne wtedy gdzie…

Czesław

ab189054aeduchgororygram1-505x630

TATRZAŃSKIM I SZLAKAMI…

TATRZAŃSKIM I SZLAKAMI…

Welonem nocnych mgieł pokryte Tatry,
Zmorzone o słonecznym poranku snem-
Ze świtem ożywają światłem,cieniem…
Wraz z poranną rosą wchłaniają mnie…

Przywołują mnie swoim majestatem,
Obiecują mnóstwo niezbywalnych chwil…
Stoki witają limbami,smrekami…
Szczytom-wiatrem podszyta czapka z chmur…

Wracam,gdy po stokach płyną zmierzchłe mgły-
Jesienią bywają często takie dni…
Patrząc z dolin ku szczytom-znów tęskno mi…

Gdy naprawdę kochasz-to serce nawet
Wyczerpane koncert zmęczeniem swym gra…
Po zejściu z gór nigdy nie szkoda dnia…

Czesław

38b17b1a2f19ec7b4020108e83f4e87314190feniks

CÓŻ CI DAĆ MOGĘ…

Cóż Ci dać mogę moja piękna Pani ?
Ja -zwykły człowiek ślepo zasłuchany
W rytm swego serca mocniej bijącego,
Gdy z oddali słyszy kroki Twojej Duszy
Stąpającej po chmurach. . .
po łąkach . . .
po górach . . .

Może choć tę eskapadę w góry  . . .?

Mój obraz  „Duch Gór”
Ten najdalszy najwyższy szczyt to Gerlach

M A G I A     T A T R . . .

Byłem w teatrze przedziwnym,
A był tak wielki,że za kurtyny-
Służyły mu świerki…
Ogromne…
Za scenografię zaś-skaliste mury,
Tak wysokie,
Że zawadzały o chmury…
Puszyste…

Wreszcie spektakl się zaczął-
Kurtyny ożyły…
I  nagle  tak  się  rozstąpiły-
Jakoś  dziwnie :
Do  góry,
Do dołu,
Na  boki ,
Do  przodu…
I pojawiły się kamienne schody…
Do nieba …

Otoczyły nas świerki  dokoła -
A spośród nich jakiś głos nas woła :
Chodźcie ,zagrajcie ,bo nieobsadzone
Jeszcze główne role …
Spoza kurtyn świerkowych wychyliło się
Wiele kwiatów kolorowych-
Wśród  łanów  kosodrzewiny  i  trawy …
A nad nimi stały przeogromne skały ,
Które w przedziwnych pozach skamieniały :
Młynarza …
Gerlacha…
Łomnicy …

Patrzymy zachwyceni na odległe turnie ,
Trzymające swe głowy
W białych  chmurach  dumnie…
Niewzruszone…

I stała się rzecz dziwna niesłychanie :
Bo te góry,
Gdy tak patrzyliśmy na nie-
Ruszyły w naszą stronę…
I z każdą chwilą były coraz bliżej ,
A jednocześnie :
Szerzej…
Nad nami …
Pod nami …
Dokoła …
Wyżej…

I tylko dziwne było,
Że za to podziwianie-
Jedyną  zapłatą  było
Nasze  zasapanie…
I rzęsisty deszcz potu
Na trawy…
I skały…
I głazy …

I nadszedł koniec …
Gdzieś za górami-
Słońce pobladło …
Tylko w oddali widać było
Kolorowe światła :
Nowej Leśnej ,
Smokowca,
Popradu…
A nad nimi :pomarańczowy księżyc,
Jak kolorowy lampion…
Z cieniutkiej bibułki …

Jak w krainie baśni…

NIEJEDEN
W  GÓRACH
Odnalazł  swą  DROGĘ…

Telbar

TATRZAŃSKIE WĘDRÓWKI…

TATRZAŃSKIE WĘDRÓWKI…
Sonet LXXI

Gdy zapachem jagód,wrzosów witasz brzask…
Gdy ptaków niemiłosierny słyszysz wrzask…
Gdy zapach świerków rządzi Twoimi zmysłami,
Gdy słyszysz szum pszczół -idziesz dolinami…

Gdy słyszysz szumy traw wiatrem niesione…
Gdy porosty świecą jakby pozłocone…
Gdy wilgoć obłoków omywa Twą twarz…
Jesteś wysoko-regle pod stopami masz…

Gdy widzisz orła i błysk w jego oku…
Gdy obłoki płyną na tle potoku…
Gdy widzisz nad sobą tylko chabry nieba-

Jesteś na szczycie-wyżej już nie trzeba…
Nie można już bliżej nieba…Chyba,że…
Jestem z Tobą…Nieważne wtedy gdzie…

Telbar

TATRZAŃSKIE WĘDRÓWKI(Fragment opowieści o tatrzańskich szlakach…)

Witam Panie Zagłobo !

Czas wyruszyć na szlak już w prawdziwe góry szlakiem zielonym,którego kolor niech da nam wszystkim nadzieję,że każdego,kto z nami zdecyduje się wybrać-spotka coś miłego,przeżyje coś wzniosłego,może coś zapamięta na długo…może spełni się jakieś marzenie…może…???
Za naszymi plecami -w dole-zostały ślady cywilizacji,szum świerków,szarpanych trochę wiatrem ,zagłuszył już ostatni warkot silnika jakiegoś pędzącego auta…Przed nami czysta natura prawienie naruszona działalnością człowieka….Zapach naturalnego lasu świerkowego wzmaga chęć do wysiłku,aby jak najszybciej coś nowego,ciekawego zobaczyć.Idziemy w poprzek jeszcze łagodnego stoku :po prawej stronie wyższe partie widać na tle nieba,po lewej w dół stok zbiega razem ze świerkami, których korony prawie naszych stóp sięgają,lekko się kołysząc, szumiąc,a ich cienie tańcząc sprawiają , że las się mieni wspaniałymi,zmiennymi barwami, wszystko własnym rytmem żyje…
.Coraz głośniejsze nasze oddechy jakby współdźwięczą z szumem lasu,tworząc swoistą kapelę,a do tego różne stukanie naszych butów,zależne od tego,na co trafi nasza stopa-miękką ściółkę,piasek,czy głaz jakiś…
Idziemy tak równym rytmem dobre pół godziny,podziwiając w zmiennym świetle różne mniejsze,większe roślinki leśnego poszycia :jakieś krzewy,krzewinki,paprocie,kolorowe wrzosy, a miedzy nimi jakby zbiegające po zboczu małe ,duże głazy,zamarłe w bezruchu w czapach z puszystych mchów i porostów,,,Tak,jakby czas zatrzymał się w miejscu od dawna…
Po pewnym czasie do dźwięków naszej kapeli zaczynają dołączać jakieś nowe głosy:jakiś niby turkot,dziwny szum,jakieś pluski-to znak nieomylny,że zbliżamy się do górskiego potoku,który dnem Velickiej Doliny płynie.I rzeczywiście,zza kolejnego załamania stoku wyłania się w dole srebrem mieniąca się wstążka,wstążeczka-to Velicky Potok,dodający uroku tej cudnej dolinie,nasycając powietrze porannymi mgiełkami,unoszącymi się wśród nadbrzeżnych wrzosów ,krzewów,a wilgoć, pełznąca po zboczu tak silnie wzmacnia tu wszelkie zapachy ,że mamy wrażenie,jakbyśmy trafili do drogerii natury…
Po blisko godzinie spokojnego,cały czas wyraźnie pod górę,marszu-dość nagle- dolina silnie się zwęża ,a dwie prawie białe strome ściany skał zbliżają się do siebie-prawie na wyciągnięcie ręki.Nasz szlak przecina  w tym miejscu urwisty stok jeszcze stosunkowo niewysokiej góry o nazwie Velky Kriżny Kopec-liczący ponad 1300m.Szczególnie tym miejscu Velicky Potok tworzy piękne,spore wodospady,które głównie wiosną i późną jesienią całkiem groźnie huczą,bo i sam potok znaczne przybiera rozmiary w tym czasie.
Trochę dalej dochodzimy do mostku na drodze prowadzącej do górskiego hotelu „Sliezsky dom”(Śląski dom).Od tego miejsca szlak przybiera nowe szaty-idziemy prawie dnem doliny, brzegami potoku-raz jednym,raz drugim-cały czas z mocnymi dźwiękami szemrzącej zmiennie wody.Tu ,jeśli dopisze nam szczęście,możemy zobaczyć ciekawą scenkę:na mokrym kamieniu stoi brunatno-rdzawy ,nieduży ptaszek,podobny do wróbla(bo i do rzędu wróblowatych przynależy),ale o dziwnych obyczajach-stoi,łepek przechyla do dołu,jakby przeglądał się w wodzie i…nagle znika.Przez pewien czas go nie ma…i nagle znów  się zjawia…wystrzeliwując z wody w oka mgnieniu-to pluszcz wodny,w ten sposób zdobywający pożywienie,piękna ozdoba górskich potoków.
Jesteśmy już wysoko,świerki coraz niższe,rzadsze,sporo połamanych przez wichry halne,czasem ze starości,po lewej stronie pojawia się bezdrzewna polana…i prawie nagle świerki ustępują pola królowej wyższych partii gór-wiecznie zielonej kosodrzewinie,której ,płożące się po ziemi pnie,konary,są powywijane,niczym jakieś węże w morderczej walce…To porównanie jest trafne chyba,bo to wynik walki rośliny o przetrwanie z żywiołami:śniegiem,deszczem,w ich  rami -na śmierć i życie…o życie…
W nagrodę za wysiłek mamy teraz kilkusetmetrowy spacer,prawie po płaskim terenie , wśród łanów kosodrzewiny,przyozdobionych pięknymi kwiatami :pełnikami,goryczkami,kuklikami,  omiegami i górującymi nad nimi bylinami o ogromnych,prawie okrągłych liściach i wyniesionych na wysokiej łodydze żółtych kwiatach o nazwie” Miłosna górska”.Na górnej granicy kosodrzewiny stoi -wspomniany wcześniej-Śląski dom,na brzegu uroczego,wydłużonego
jeziora o niezaskakującej nazwie Velicke Pleso o turkusowo-granatowej barwie:takie piękne lustro dla nieba i obłoków…
Mości Zagłobo!Jesteśmy u celu pierwszego etapu naszej wędrówki na wysokości już 1670m.To już sporo,zważywszy,że Tatranska Polianka to 1000m.Wszystkim,którzy wytrwali w tym zmaganiu z górami,a przede wszystkim ze swoimi słabościami,należy się teraz odpoczynek i wzmocnienie, więc poczęstuj” czym chata bogata”i wyciągnij beczułkę tego  smakowitego trójniaka,a pogwarz trochę w swoim stylu teraz Waszmość,bo mnie trochę w gardle zaschło od ciągłego gadania-może zasłużyłem choć na łyk trójniaka i odzyskanie głosu przed następnym etapem…
A to już będzie jeszcze całkiem inna bajka, gdzie już wyższej rośliny nie ujrzysz, ale jakie skały, jakie  pejzaże…

W pas się kłaniam !!!

Telbar

MAGIA TATR…

M A G I A     T A T R . . .

Byłem w teatrze przedziwnym,
a był tak wielki,
Że za kurtyny-służyły mu świerki…
Ogromne…
A za scenografię-skaliste mury,
Tak wysokie,że zawadzały o chmury…
Puszyste…

Wreszcie spektakl się zaczął,
kurtyny ożyły
I  nagle  tak  się  rozstąpiły-
jakoś  dziwnie :
Do  góry,
do  dołu,
na  boki ,
do  przodu . . .
I pojawiły się kamienne schody.
Do nieba . . .

I otoczyły nas świerki  dokoła ,
A spośród nich jakiś głos nas woła :
Chodźcie ,zagrajcie ,
Bo nie obsadzone jeszcze główne role . . .
Spoza kurtyn świerkowych
Wychyliło się wiele kwiatów kolorowych
Wśród  łanów  kosodrzewiny  i  trawy . . .
A nad nimi stały przeogromne skały ,
Które w przedziwnych pozach skamieniały :
Młynarza . . .Gerlacha . . . Łomnicy . . .

Patrzymy zachwyceni na odległe turnie ,
Trzymające swe głowy
W białych  chmurach  dumnie…
Niewzruszone…
I stała się rzecz dziwna niesłychanie :
Bo te góry,
gdy tak patrzyliśmy na nie-
ruszyły w naszą stronę…
I z każdą chwilą były coraz bliżej ,
A jednocześnie i szerzej i wyżej -
Nad nami …
Pod nami …
Dokoła …

I tylko dziwne było,że za to podziwianie-
Jedyną  zapłatą  było  nasze  zasapanie
I rzęsisty deszcz potu
Na trawy…
I skały…
I głazy . . .

I nadszedł koniec . . . I słońce pobladło . . .
Tylko w oddali widać było kolorowe światła :
Nowej Leśnej ,
Smokowca,
Popradu . . .
A nad nimi :pomarańczowy księżyc,
Jak kolorowy lampion z cieniutkiej bibułki . . .
Jak w krainie baśni. . .

NIE  JEDEN  w  GÓRACH  odnalazł  swą  DROGĘ. . .

Telbar

(Duch gór…)

TATRZAŃSKIMI SZLAKAMI-KU SZCZYTOM…(Edyt.)

TATRZAŃSKIMI SZLAKAMI-KU SZCZYTOM…(Edyt.)

(Kilka słów wprowadzenia:Jest to fragment opowiadania o wędrówce po Tatrach. Jest ono pisane w takiej dziwnej, oryginalnej konwencji-otóż jest Tawerna z Wesołym Albatrosem w Herbie,której gospodarzem jest Imć Pan Zagłoba,który przy kapitańskim stole przyjmuje gości ,ciekaw niezwykłych opowieści…Jednym z kolejnych gości staję się ja i rozmawiamy taką niby-staropolszczyzną,a następnie po przyzwoleniu Gospodarza -snuję opowieść o wędrówce po szlakach tatrzańskich i tak wirtualnie oprowadzam Mości Zagłobę i wszystkich ,którzy się przysiądą -po tej Świątyni Natury-mojej MIŁOŚCI-TATRACH…)

Czas wyruszyć na szlak już w prawdziwe góry szlakiem zielonym,którego kolor niech da nam wszystkim nadzieję,że każdego,kto z nami zdecyduje się wybrać-spotka coś miłego,przeżyje coś wzniosłego,może coś zapamięta na długo…może spełni się jakieś marzenie…może…???
Za naszymi plecami -w dole-zostały ślady cywilizacji,szum świerków,szarpanych trochę wiatrem , zagłuszył już ostatni warkot silnika jakiegoś pędzącego auta…Przed nami czysta natura prawie nienaruszona działalnością człowieka. Zapach naturalnego lasu świerkowego wzmaga chęć do wysiłku,aby jak najszybciej coś nowego,ciekawego zobaczyć.Idziemy w poprzek jeszcze łagodnego stoku: po prawej stronie wyższe partie widać na tle nieba,po lewej w dół stok zbiega razem ze świerkami, których korony prawie naszych stóp sięgają,lekko się kołysząc, szumiąc,a ich cienie tańcząc sprawiają , że las się mieni wspaniałymi,zmiennymi barwami, wszystko własnym rytmem żyje…
Coraz głośniejsze nasze oddechy jakby współdźwięczą z szumem lasu,tworząc swoistą kapelę,a do tego różne stukanie naszych butów,zależne od tego,na co trafi nasza stopa-miękką ściółkę,piasek,czy głaz jakiś…
Idziemy tak równym rytmem dobre pół godziny,podziwiając w zmiennym świetle różne mniejsze,większe roślinki leśnego poszycia :jakieś krzewy,krzewinki,paprocie,kolorowe wrzosy, a miedzy nimi jakby zbiegające po zboczu małe ,duże głazy,zamarłe w bezruchu w czapach z puszystych mchów i porostów,,,Tak,jakby czas zatrzymał się w miejscu od dawna…
Po pewnym czasie do dźwięków naszej kapeli zaczynają dołączać jakieś nowe głosy:jakiś niby turkot,dziwny szum,jakieś pluski-to znak nieomylny,że zbliżamy się do górskiego potoku,który dnem Velickiej Doliny płynie.I rzeczywiście,zza kolejnego załamania stoku wyłania się w dole srebrem mieniąca się wstążka,wstążeczka-to Velicky Potok,dodający uroku tej cudnej dolinie,nasycając powietrze porannymi mgiełkami,unoszącymi się wśród nadbrzeżnych wrzosów ,krzewów,a wilgoć, pełznąca po zboczu tak silnie wzmacnia tu wszelkie zapachy ,że mamy wrażenie,jakbyśmy trafili do drogerii natury…
Po blisko godzinie spokojnego,cały czas wyraźnie pod górę,marszu-dość nagle- dolina silnie się zwęża ,a dwie prawie białe strome ściany skał zbliżają się do siebie-prawie na wyciągnięcie ręki.Nasz szlak przecina  w tym miejscu urwisty stok jeszcze stosunkowo niewysokiej góry o nazwie Velky Kriżny Kopec-liczący ponad 1300m.Szczególnie tym miejscu Velicky Potok tworzy piękne,spore wodospady,które głównie wiosną i późną jesienią całkiem groźnie huczą,bo i sam potok znaczne przybiera rozmiary w tym czasie.
Trochę dalej dochodzimy do mostku na drodze prowadzącej do górskiego hotelu „Sliezsky dom”(Śląski dom). Od tego miejsca szlak przybiera nowe szaty-idziemy prawie dnem doliny, brzegami potoku-raz jednym,raz drugim-cały czas z mocnymi dźwiękami szemrzącej zmiennie wody.Tu ,jeśli dopisze nam szczęście,możemy zobaczyć ciekawą scenkę:na mokrym kamieniu stoi brunatno-rdzawy ,nieduży ptaszek,podobny do wróbla(bo i do rzędu wróblowatych przynależy),ale o dziwnych obyczajach-stoi,łepek przechyla do dołu,jakby przeglądał się w wodzie i…nagle znika.Przez pewien czas go nie ma…i nagle znów  się zjawia…wystrzeliwując z wody w oka mgnieniu-to pluszcz wodny,w ten sposób zdobywający pożywienie,piękna ozdoba górskich potoków.
Jesteśmy już wysoko,świerki coraz niższe,rzadsze,sporo połamanych przez wichry halne,czasem ze starości,po lewej stronie pojawia się bezdrzewna polana…i prawie nagle świerki ustępują pola królowej wyższych partii gór-wiecznie zielonej kosodrzewinie,której ,płożące się po ziemi pnie,konary,są powywijane,niczym jakieś węże w morderczej walce…To porównanie jest trafne chyba,bo to wynik walki rośliny o przetrwanie z żywiołami:śniegiem,deszczem,wichrami -na śmierć i życie…o życie…
W nagrodę za wysiłek mamy teraz kilkusetmetrowy spacer,prawie po płaskim terenie , wśród łanów kosodrzewiny,przyozdobionych pięknymi kwiatami :pełnikami,goryczkami,kuklikami,  omiegami i górującymi nad nimi bylinami o ogromnych,prawie okrągłych liściach i wyniesionych na wysokiej łodydze żółtych kwiatach o nazwie” Miłosna górska”. Na górnej granicy kosodrzewiny stoi -wspomniany wcześniej-Śląski dom,na brzegu uroczego,wydłużonego
jeziora o niezaskakującej nazwie Velicke Pleso o turkusowo-granatowej barwie:takie piękne lustro dla nieba i obłoków…
Mości Zagłobo!Jesteśmy u celu pierwszego etapu naszej wędrówki na wysokości już 1670m.To już sporo,zważywszy,że Tatranska Polianka to 1000m.Wszystkim,którzy wytrwali w tym zmaganiu z górami,a przede wszystkim ze swoimi słabościami,należy się teraz odpoczynek i wzmocnienie, więc poczęstuj” czym chata bogata”i wyciągnij beczułkę tego  smakowitego trójniaka,a pogwarz trochę w swoim stylu teraz Waszmość,bo mnie trochę w gardle zaschło od ciągłego gadania-może zasłużyłem choć na łyk trójniaka i odzyskanie głosu przed następnym etapem…
A to już będzie jeszcze całkiem inna bajka, gdzie już wyższej rośliny nie ujrzysz, ale jakie skały, jakie  pejzaże…

W pas się kłaniam !!!

Telbar

TATRZAŃSKIMI SZLAKAMI-KU SZCZYTOM…

TATRZAŃSKIMI SZLAKAMI-KU SZCZYTOM…

(Kilka słów wprowadzenia:Jest to fragment opowiadania o wędrówce po Tatrach. Jest ono pisane w takiej dziwnej, oryginalnej konwencji-otóż jest Tawerna z Wesołym Albatrosem w Herbie,której gospodarzem jest Imć Pan Zagłoba,który przy kapitańskim stole przyjmuje gości ,ciekaw niezwykłych opowieści…Jednym z kolejnych gości staję się ja i rozmawiamy taką niby-staropolszczyzną,a następnie po przyzwoleniu Gospodarza -snuję opowieść o wędrówce po szlakach tatrzańskich i tak wirtualnie oprowadzam Mości Zagłobę i wszystkich ,którzy się przysiądą -po tej Świątyni Natury-mojej MIŁOŚCI-TATRACH…)

Czas wyruszyć na szlak już w prawdziwe góry szlakiem zielonym,którego kolor niech da nam wszystkim nadzieję,że każdego,kto z nami zdecyduje się wybrać-spotka coś miłego,przeżyje coś wzniosłego,może coś zapamięta na długo…może spełni się jakieś marzenie…może…???
Za naszymi plecami -w dole-zostały ślady cywilizacji,szum świerków,szarpanych trochę wiatrem , zagłuszył już ostatni warkot silnika jakiegoś pędzącego auta…Przed nami czysta natura prawie nienaruszona działalnością człowieka….Zapach naturalnego lasu świerkowego wzmaga chęć do wysiłku,aby jak najszybciej coś nowego,ciekawego zobaczyć.Idziemy w poprzek jeszcze łagodnego stoku :po prawej stronie wyższe partie widać na tle nieba,po lewej w dół stok zbiega razem ze świerkami, których korony prawie naszych stóp sięgają,lekko się kołysząc, szumiąc,a ich cienie tańcząc sprawiają , że las się mieni wspaniałymi,zmiennymi barwami, wszystko własnym rytmem żyje…
Coraz głośniejsze nasze oddechy jakby współdźwięczą z szumem lasu,tworząc swoistą kapelę,a do tego różne stukanie naszych butów,zależne od tego,na co trafi nasza stopa-miękką ściółkę,piasek,czy głaz jakiś…
Idziemy tak równym rytmem dobre pół godziny,podziwiając w zmiennym świetle różne mniejsze,większe roślinki leśnego poszycia :jakieś krzewy,krzewinki,paprocie,kolorowe wrzosy, a miedzy nimi jakby zbiegające po zboczu małe ,duże głazy,zamarłe w bezruchu w czapach z puszystych mchów i porostów,,,Tak,jakby czas zatrzymał się w miejscu od dawna…
Po pewnym czasie do dźwięków naszej kapeli zaczynają dołączać jakieś nowe głosy:jakiś niby turkot,dziwny szum,jakieś pluski-to znak nieomylny,że zbliżamy się do górskiego potoku,który dnem Velickiej Doliny płynie.I rzeczywiście,zza kolejnego załamania stoku wyłania się w dole srebrem mieniąca się wstążka,wstążeczka-to Velicky Potok,dodający uroku tej cudnej dolinie,nasycając powietrze porannymi mgiełkami,unoszącymi się wśród nadbrzeżnych wrzosów ,krzewów,a wilgoć, pełznąca po zboczu tak silnie wzmacnia tu wszelkie zapachy ,że mamy wrażenie,jakbyśmy trafili do drogerii natury…
Po blisko godzinie spokojnego,cały czas wyraźnie pod górę,marszu-dość nagle- dolina silnie się zwęża ,a dwie prawie białe strome ściany skał zbliżają się do siebie-prawie na wyciągnięcie ręki.Nasz szlak przecina  w tym miejscu urwisty stok jeszcze stosunkowo niewysokiej góry o nazwie Velky Kriżny Kopec-liczący ponad 1300m.Szczególnie tym miejscu Velicky Potok tworzy piękne,spore wodospady,które głównie wiosną i późną jesienią całkiem groźnie huczą,bo i sam potok znaczne przybiera rozmiary w tym czasie.
Trochę dalej dochodzimy do mostku na drodze prowadzącej do górskiego hotelu „Sliezsky dom”(Śląski dom).Od tego miejsca szlak przybiera nowe szaty-idziemy prawie dnem doliny, brzegami potoku-raz jednym,raz drugim-cały czas z mocnymi dźwiękami szemrzącej zmiennie wody.Tu ,jeśli dopisze nam szczęście,możemy zobaczyć ciekawą scenkę:na mokrym kamieniu stoi brunatno-rdzawy ,nieduży ptaszek,podobny do wróbla(bo i do rzędu wróblowatych przynależy),ale o dziwnych obyczajach-stoi,łepek przechyla do dołu,jakby przeglądał się w wodzie i…nagle znika.Przez pewien czas go nie ma…i nagle znów  się zjawia…wystrzeliwując z wody w oka mgnieniu-to pluszcz wodny,w ten sposób zdobywający pożywienie,piękna ozdoba górskich potoków.
Jesteśmy już wysoko,świerki coraz niższe,rzadsze,sporo połamanych przez wichry halne,czasem ze starości,po lewej stronie pojawia się bezdrzewna polana…i prawie nagle świerki ustępują pola królowej wyższych partii gór-wiecznie zielonej kosodrzewinie,której ,płożące się po ziemi pnie,konary,są powywijane,niczym jakieś węże w morderczej walce…To porównanie jest trafne chyba,bo to wynik walki rośliny o przetrwanie z żywiołami:śniegiem,deszczem,wichrami -na śmierć i życie…o życie…
W nagrodę za wysiłek mamy teraz kilkusetmetrowy spacer,prawie po płaskim terenie , wśród łanów kosodrzewiny,przyozdobionych pięknymi kwiatami :pełnikami,goryczkami,kuklikami,  omiegami i górującymi nad nimi bylinami o ogromnych,prawie okrągłych liściach i wyniesionych na wysokiej łodydze żółtych kwiatach o nazwie” Miłosna górska”.Na górnej granicy kosodrzewiny stoi -wspomniany wcześniej-Śląski dom,na brzegu uroczego,wydłużonego
jeziora o niezaskakującej nazwie Velicke Pleso o turkusowo-granatowej barwie:takie piękne lustro dla nieba i obłoków…
Mości Zagłobo!Jesteśmy u celu pierwszego etapu naszej wędrówki na wysokości już 1670m.To już sporo,zważywszy,że Tatranska Polianka to 1000m.Wszystkim,którzy wytrwali w tym zmaganiu z górami,a przede wszystkim ze swoimi słabościami,należy się teraz odpoczynek i wzmocnienie, więc poczęstuj” czym chata bogata”i wyciągnij beczułkę tego  smakowitego trójniaka,a pogwarz trochę w swoim stylu teraz Waszmość,bo mnie trochę w gardle zaschło od ciągłego gadania-może zasłużyłem choć na łyk trójniaka i odzyskanie głosu przed następnym etapem…
A to już będzie jeszcze całkiem inna bajka, gdzie już wyższej rośliny nie ujrzysz, ale jakie skały, jakie  pejzaże…

W pas się kłaniam !!!

Telbar