MIŁOŚĆ PONAD MORSKIM OKIEM( Erotyk)

Morskieokokazalnphmax.jpg

 

MIŁOŚĆ PONAD MORSKIM OKIEM (Erotyk)…

Zostało za nami w dole Morskie Oko,
Czarny Staw nad nim też leniwie drzemie…
My zielonym szlakiem na Przełęcz Pod Chłopkiem
Nad Kazalnicą , jej  przepaściami -idziemy…

Dyszymy coraz wyżej,klucząc zakosami,
A w głowach jedno wielkie marzenie mamy-
Żeby tu,tak wysoko ,na skraju gór i nieba
Kochać się szalenie…aż do utraty tchnienia…

Docieramy do skalnej półki,przytuleni…
Całując Cię szepczę:tu…a Ty cicho :teraz…
Kładę Cię na tym Górskim Ołtarzu Miłości…
Nad nami niebo ,a w dole Morskie Oko…

Za poduszeczkę służy kępka traw ostatnich,
Której źdźbła z Twymi włosami się plączą…
Słońce zza Twej głowy po ogromnych skałach
Złotymi promykami w głąb doliny zbiega…
Dyskretnie jednak obłokiem przesłoniło oko…

Prawym kolanem Czarny Staw przesłaniasz,
Lewą stopą ,jakby,w Morskim Oku pluszczesz…
Przymykasz trochę oczy…na dalszy ciąg czekasz…
Twa sukienka czerwona zsuwa się po udach…
Pomagam jej odsłonić miłości tajemnice…
Całuję Twe kolana,wspinam się powoli,
Tu i ówdzie wstrzymując podróż do rozkoszy…
Twoje piersi o dotyk  naprężeniem proszą…
Falują coraz bardziej ,muśnięte wargami…
Namiętne Twoje usta smak rozkoszy mają…

Jestem w Tobie…Oczy ślą uśmiech promienny,
Wspólnie unosimy się,nie spiesząc się zbytnio…
Każdy kolejny ruch zbliża nas do spełnienia…
Dużymi ,to małymi kroczkami zdążamy
Do pełni rozkoszy…do w niej zatracenia…
Niebo coraz bliżej,my w białych obłokach…
Pod nami Tatry,jeszcze piękniejsze-tak  z góry…
Spleceni w jedną całość,nic już nie widzimy,
Czujemy tylko siebie w tym rytmie szalonym…

Napinasz się jak struna…nieruchomiejesz…
Swoje ramiona na moich plecach zaciskasz…
Jęk rozkoszy spływa po skałach w dolinę…
Opadam na Ciebie bezwładny…spełniony…
Po chwili szepczę :KOCHAM…
Odpowiadasz:KOCHAM…

Mały obłoczek słońca odsłonił promienie,
Które poniosły nasze spełnienia westchnienia
Daleko,w Dolinę Rybiego Potoku…
Dotknięty mały kamyk moją bosą stopą
Potoczył się po Mięguszowieckiego stoku
W dół,zabierając ze sobą
Naszego kochania tajemnicę…
Niecnota wszystko widział,
Dobrze wszystko słyszał…
Ale jak to kamyk-nikomu nie powtórzy…

Dotrzyma tajemnicy…

Gabriel

TATRZAŃSKIMI SZLAKAMI… Sonet XXI

TATRZAŃSKIMI SZLAKAMI…
Sonet XXI

Gdy zapachem jagód,wrzosów witasz brzask…
Gdy ptaków niemiłosierny słyszysz wrzask…
Gdy zapach świerków rządzi Twoimi zmysłami,
Gdy słyszysz szum pszczół -idziesz dolinami…

Gdy słyszysz szumy traw wiatrem niesione…
Gdy porosty świecą jakby pozłocone…
Gdy wilgoć obłoków omywa Twą twarz…
Jesteś wysoko-regle pod stopami masz…

Gdy widzisz orła i błysk w jego oku…
Gdy obłoki płyną na tle potoku…
Gdy widzisz nad sobą tylko chabry nieba-

Jesteś na szczycie-wyżej już nie trzeba…
Nie można już bliżej nieba…Chyba,że…
Jestem z Tobą…Nieważne wtedy gdzie…

Czesław

ab189054aeduchgororygram1-505x630

MAGIA MORSKIEGO OKA…

 

MAGIA MORSKIEGO OKA…

Tym,którzy choć raz w głębinach  Morskiego Oka  wzrok zanurzyli…

Gór ślad w pamięci zatopiony,
Niczym Mięguszowieckie w Morskim Oku,
Pod powiekami zadumy schowany
Błyszczy jak brylant z Rybiego Potoku…

Dziewięćsił,pajęczyną mocno oplątany
Świeci , jak słońce w barwnej aureoli,
Gdy w porannej rosy perłach  skąpany-
Mieni się wszystkimi tęczy kolorami …

Pójdźmy mozolnie ponad Morskie Oko
Ścieżyną w poprzek Miedzianego stoku-
Tam,gdzie okiem więcej ogarnąć można
Cudów,które się chciało stworzyć Bogu…

Ostatnia kosodrzewina,która zapomniała,
Że dla niej to już za wysoko-
Wskazuje drogę nam ku szczytom ,
Na pożegnanie szum roztacza wokół…

Głazy spowite porostów złotem,
Drzemiące w Dolinie za Mnichem,
Dają oparcie naszym stopom
W drodze na szczyty…Nasze szczyty…

Na Szpiglasowy?…Może na Cubrynę ?
Może do Chałubińskiego Wrót…?

A Mnich to wszystko błogosławi,
Cieniem na Czarny Staw rzucanym,
Gdy słońce mozolnie dopełnia dnia…

Tylko tu można być niezmienności pewnym…

 

Telbar

 

TATRZAŃSKIM I SZLAKAMI…

TATRZAŃSKIM I SZLAKAMI…

Welonem nocnych mgieł pokryte Tatry,
Zmorzone o słonecznym poranku snem-
Ze świtem ożywają światłem,cieniem…
Wraz z poranną rosą wchłaniają mnie…

Przywołują mnie swoim majestatem,
Obiecują mnóstwo niezbywalnych chwil…
Stoki witają limbami,smrekami…
Szczytom-wiatrem podszyta czapka z chmur…

Wracam,gdy po stokach płyną zmierzchłe mgły-
Jesienią bywają często takie dni…
Patrząc z dolin ku szczytom-znów tęskno mi…

Gdy naprawdę kochasz-to serce nawet
Wyczerpane koncert zmęczeniem swym gra…
Po zejściu z gór nigdy nie szkoda dnia…

Czesław

38b17b1a2f19ec7b4020108e83f4e87314190feniks

TATRZAŃSKIE REMINISCENCJE…

TATRZAŃSKIE REMINISCENCJE…

Tym, którzy Tatry kochają…
Mam w pamięci taki zakopiański obraz utkwiony…:
Nosal, wiszący nad Kuźnicami kilkudziesięciometrowymi pionowymi ścianami skalnymi, patrzącymi ku zachodowi-pooranymi licznymi mniejszymi, większymi szczelinami… bruzdami… załomkami…
Wysoko nad przepaścią-dawno, dawno temu-w tej pionowej ścianie nasionko kosodrzewiny figlarny wiatr umieścił, o piękno naszych Tatr zatroskany…I wyrósł krzew , korzeniami wgryzający się w skałę, w każdą najmniejszą nawet szczelinkę -w walce o pokarm i przetrwanie,  a na zewnątrz- z roku na rok większy -piękny pióropusz zielonych igieł do powywijanego pnia przyczepiony, z gałązkami skierowanymi do nieba- nad wielką przepaścią wiszący samotnie…
Falujący, muskany delikatnym wiaterkiem w pogodne dni…
Łapczywie chwytający krople wody, gdy niebo deszczem płacze…
Szarpany silnie halnym, pod jego naporem uginający się – aby przetrwać…
Wszystko to – ciągle na przemian- wczoraj… dziś … teraz… jutro… nocą i za dnia białego- w każdej chwili istnienia…
Bez pewności, co będzie jutro…I czy będzie jutro…
Jak u ludzi…
A jednak warto tak zaistnieć – choćby na chwilę… na rok… na dwa… a może na dłużej ???
Może na zawsze ???

Telbar

WYZNANIE…

WYZNANIE…

Ja tych wierszy nie piszę…
One drzemią we mnie,
Uśpione dniem powszednim
I niemożliwością…
Wędrują niestrudzenie
Miesiącami…
Latami…
Po zakamarkach mojej wyobraźni…

Czekają -
Na chwilę…
Na błysk w oku…
Na zawrót głowy…

I budzą się poplątane,
Gdy dociera do nich
Zapach świerków…
Szum potoków…
Grzmot wodospadów…
Szept skał muskanych
Podmuchami wiatru…
Błysk świateł,zanurzonych
W kroplach porannej rosy:
Na stokach…
U podnóża gór…
Na szczytach…

I  gdy  serce  przepełnia  szczęście…

Ja tylko znam litery…
I ustawiam je w porządku,
Zgodnie z rytmem serca…

Na kartach zapamiętania…

Telbar

„DIABLOK” PRZY DRODZE PRZYCUPNIĘTY…

„DIABLOK” PRZY DRODZE PRZYCUPNIĘTY…

W górach,a szczególnie w moich Tatrach ukochanych,

mnóstwo takich,rozsianych wszędzie-

i to bardzo różnych…:

złośliwych,drogę wędrowcom przegradzających…

przyjaznych-przy skalnych ścieżkach czekających-

na których mogą przysiąść na chwilę

utrudzeni wspinaczką ku marzeniom…

figlarnych-tworzących grupę prawie jednakowych,

rozrzuconych bezładnie-aby zmylić wędrowców

i sprowokować ich do pomyślenia…:

skąd przyszli…dokąd zmierzają…

pięknych-pokrytych porostów złotem…

albo mchu czapą…

ciekawych-porytych mnogimi rysami,

bruzdami,płaszczyzn uskokami…

sobowtórów-przybierających najróżniejsze kształty…:

zwierząt…

ludzi…

rysów twarzy…

I takie tam różne jeszcze…

Telbar

MOJA ZA TATRAMI TĘSKNOTA

MOJA ZA TATRAMI TĘSKNOTA

Słyszałem szmery igliwia,gałęzi smreków-
Szarpanych bezustannie wiatrami od wieków…
Słyszałem kosodrzewiny ciche szemranie,
Gdy lekki zefirek wyszedł jej na spotkanie…
Słyszałem szum ostrych traw,rosnących płatami,
Które przycupnęły wysoko pod głazami…
Słyszałem świstaków świsty przeszywające,
W moich uszach do tej pory świdrujące…
Słyszałem groźne jęki potężnej Siklawy
Z tak bliska,że krople na twarz mi padały…
Słyszałem szmery potoków w dolinach
Kluczących,tańczących z wielkimi głazami…
Czerpałem kryształową ich wodę garściami…

Więc BYŁEM…

Może niedługo zostawię rodzinne mury-
Płonące serce poniosę ku szczytom…w chmury…
Tam,gdzie moja wierna miłość wciąż na mnie czeka…
Wtedy do złotego głazu przytulę twarz moją…
Łzami szczęścia porosty spragnione napoję
I cicho,cichutko wyszepczę do nich czule…

Znów JESTEM…

Więc ŻYJĘ…

Telbar

ŻYCIA SENS…

Mój obraz :”Slovensky Raj „-olej,62X82 cm

ŻYCIA SENS…

Gdzieś wysoko w Tatrach…

Rozpierając stopami i rękoma
Dwie granitowe prawie gładkie ściany,
Zabezpieczony tylko liną z marzeń-
Modlitwy ślę,by nie rozsunęły się…

Stojąc na dwu małych wypukłościach skały,
Dłonią trzymam trzecią…Czwartą chwycę wraz…
Modlę się ,by na swych miejscach zostały…
To na męską , prawdziwą modlitwę czas…

To nie pora na klepanie zdrowasiek…
To nie spowiedź -wszak ON przecież wszystko wie…
To rozmowa z samym sobą o istnieniu,
Któremu chcę -każdym czynem,ruchem-nadać sens…

Wczepiony w skałę nad otchłanią
Czuję mocno-jakby biło serce skały…
Marzę ,aby już znaleźć się na szczycie…
Bo tak bardzo Cię kocham…Moje życie…

Telbar

TATRY-MOJA MIŁOŚĆ (SonetXX)

TATRY-MOJA MIŁOŚĆ (SonetXX)

Welonem nocnych mgieł pokryte Tatry,
Zmorzone o słonecznym poranku snem-
Ze świtem ożywają światłem,cieniem…
Wraz z poranną rosą wchłaniają mnie…

Przywołują mnie swoim majestatem,
Obiecują mnóstwo niezbywalnych chwil…
Stoki witają limbami,smrekami…
Szczytom-wiatrem podszyta czapka z chmur…

Wracam,gdy po stokach płyną zmierzchłe mgły-
Jesienią bywają często takie dni…
Patrząc z dolin ku szczytom-znów tęskno mi…

Gdy naprawdę kochasz-to serce nawet
Wyczerpane koncert zmęczeniem swym gra…
Po zejściu z gór nigdy nie szkoda dnia…

telbar

CÓŻ CI DAĆ MOGĘ…

Cóż Ci dać mogę moja piękna Pani ?
Ja -zwykły człowiek ślepo zasłuchany
W rytm swego serca mocniej bijącego,
Gdy z oddali słyszy kroki Twojej Duszy
Stąpającej po chmurach. . .
po łąkach . . .
po górach . . .

Może choć tę eskapadę w góry  . . .?

Mój obraz  „Duch Gór”
Ten najdalszy najwyższy szczyt to Gerlach

M A G I A     T A T R . . .

Byłem w teatrze przedziwnym,
A był tak wielki,że za kurtyny-
Służyły mu świerki…
Ogromne…
Za scenografię zaś-skaliste mury,
Tak wysokie,
Że zawadzały o chmury…
Puszyste…

Wreszcie spektakl się zaczął-
Kurtyny ożyły…
I  nagle  tak  się  rozstąpiły-
Jakoś  dziwnie :
Do  góry,
Do dołu,
Na  boki ,
Do  przodu…
I pojawiły się kamienne schody…
Do nieba …

Otoczyły nas świerki  dokoła -
A spośród nich jakiś głos nas woła :
Chodźcie ,zagrajcie ,bo nieobsadzone
Jeszcze główne role …
Spoza kurtyn świerkowych wychyliło się
Wiele kwiatów kolorowych-
Wśród  łanów  kosodrzewiny  i  trawy …
A nad nimi stały przeogromne skały ,
Które w przedziwnych pozach skamieniały :
Młynarza …
Gerlacha…
Łomnicy …

Patrzymy zachwyceni na odległe turnie ,
Trzymające swe głowy
W białych  chmurach  dumnie…
Niewzruszone…

I stała się rzecz dziwna niesłychanie :
Bo te góry,
Gdy tak patrzyliśmy na nie-
Ruszyły w naszą stronę…
I z każdą chwilą były coraz bliżej ,
A jednocześnie :
Szerzej…
Nad nami …
Pod nami …
Dokoła …
Wyżej…

I tylko dziwne było,
Że za to podziwianie-
Jedyną  zapłatą  było
Nasze  zasapanie…
I rzęsisty deszcz potu
Na trawy…
I skały…
I głazy …

I nadszedł koniec …
Gdzieś za górami-
Słońce pobladło …
Tylko w oddali widać było
Kolorowe światła :
Nowej Leśnej ,
Smokowca,
Popradu…
A nad nimi :pomarańczowy księżyc,
Jak kolorowy lampion…
Z cieniutkiej bibułki …

Jak w krainie baśni…

NIEJEDEN
W  GÓRACH
Odnalazł  swą  DROGĘ…

Telbar

(23)MOŚCI ONUFRY ZAGŁOBO!!!

(23)MOŚCI ONUFRY ZAGŁOBO!!!

Mości Onufry-między nami mówiąc-ktoś,kto Waści tak oryginalne imię nadać raczył,musiał mieć jakąś intuicyję albo wręcz widzenie,że właśnie chrzczony będzie godny imienia swego i własną oryginalnością ani na krok za swoim imieniem odstawać nie będzie,a często i wyprzedzić oryginalność swego imienia mu się zdarzy…No bo i kto lepiej skwitowałby znane starcie Wołodyjowskiego z Bohunem:”…no to i żeśmy Bohuna usiekli…”,a przecież -nie sumituj się Waść-każdy widział,z boku stałeś…
Ciepło,bijące z Waści serca,wszystko jednak wybaczyć pozwala, a wręcz nakazuje- bo świat o te Waścine opowiadania, anegdoty i dykteryjki uboższy by był-a to byłaby niepowetowana  strata…
Przeto posłuchaj i mojego opowiadania,jaka historyja mi się przytrafić raczyła…

Widzisz Mości Zagłobo-wysoko w górach wszystko jest możliwe…  Czasem dziwne historyje z człowiekiem się dzieją , rozrzedzonym powietrzem i związaną z tym mniejszą zawartością tlenu w powietrzu spowodowane… Zjawy… Majaki… Takie tam bajdurzenia w głowie pojawiać się mogą,bo w  takich warunkach wyobraźnia łatwiej z rzeczywistością się miesza i czasem nie wiesz,czy to się śni,czy to sen na jawie,czy jeszcze co innego się dzieje…???
Wiele,a nawet bardzo wiele lat temu-gdy Pan Bóg miał dużo krótszą brodę,a mój zegar jeszcze niezbyt wiele wiosen widział- byłem już od kilku lat bezgranicznie zakochany w Tatrach i każdą okazję wykorzystywałem ,aby odbyć kolejną wyprawę w ukochane Tatry,żyjąc wspomnieniami poprzedniej…Zatopiony łzami wzruszeń po wędrówce ścieżkami ,skrytymi w kartach „Księgi Tatr” Jalu Kurka,”Na przełęczy” Stanisława Witkiewicza,”Legendy Tatr” Kazimierza Przerwy-Tetmajera…A serce szumem koron świerków i jodeł,szmerem górskich potoków i strumyków,łoskotem wodospadów,jękiem szczelin skalnych od dawna,ciągle mówiło…Wtedy to,wysoko ,gdzieś na szlaku-nie ważne gdzie,odpoczywając po wspinaniu i upajając się pięknymi widokami-opowiadałem kilkuosobowej grupie tych , którzy woleli mnie słuchać ,niż czytać przewodniki -o bliższych i dalszych szczytach,dolinach,turniach,porastających je roślinach …Mieszałem to,co oczy nasze widziały z tym,co w głowie mojej i innych,którzy wcześniej góry pokochali, zrodziło się z marzeń,fantazji,wspomnień i przeżyć-ot takie -niczym sabałowe-bajanie,niczym nowa legenda płynąca…
W pewnej chwili spostrzegłem-siedzącego  nieopodal na sporym głazie- Starszego Nieznajomego…Co jakiś czas przyciągał mój wzrok,gdy zorientowałem się ,że przysłuchuje się mojemu opowiadaniu z narastającą uwagą -wyczuwałem to coraz mocniej…Dla mnie też stawało się to coraz bardziej intrygujące-jego smukła sylwetka,sumiaste wąsy,siwe włosy,lekko zmrużone oczy i pociągła twarz tworzyły niezapomniany obraz…
Gdy skończyłem,po chwili wstał,powoli podszedł do mnie,przedstawił się -nawet nie pamiętam nazwiska,bo- jak to zwykle w takich momentach bywa -niezbyt dosłyszałem i zagadnął :
-Pan jest z gór,miejscowy-prawda ?
-Nie-odparłem-pochodzę z nizin ,ponad 400km stąd…
-Tak…zawiesił głos,zamyślił się i po chwili dodał :
-to nigdy i nigdzie już stąd nie odejdziesz,przyjacielu…Bo -słuchając Twego opowiadania -widzę ,że Twoja Dusza stopiła się w jedność z Tatrami…I tak już zostanie -na zawsze… Niezależnie,gdzie będziesz ciałem…Będziesz tylko wciąż nowych i nowych tu przyprowadzał i śpiewem swego serca zachęcał do chodzenia w góry…
Jak moja-dodał cicho…Przetarł dłonią oczy,wycierając wilgotne ślady wzruszenia…Po chwili ja też…
Mówi się :”mężczyźni nie płaczą…”-ale gdy prawdziwi mężczyźni,nie mięczaki,którym nawet powieka nie drgnie nad przepaścią,a ot tak -niby bez powodu-mają w oczach łzy-to jakaś Wielka Tajemnica Duszy oczami wypływać musi…
Wyciągnął do mnie rękę,poczułem mocny uścisk i powiedział:
-Dbaj o siebie,abyś długo mógł tak sercem opowiadać o górach…naszych Tatrach…
Ze słowami : do spotkania gdzieś na szlaku-szybko odwrócił się i odszedł…
Długo patrzyłem za nim przez łzy…Łzy wzruszenia…Łzy szczęśliwości…
Dochodząc do załomu skalnego -odwrócił się ,pomachał mi ręką z oddali i zniknął za skałą…
Do dziś pamiętam doskonale tę przygodę ,jakby wydarzyła się wczoraj…

A może to Ty-Mości Zagłobo -byłeś w którymś ,wcześniejszym wcieleniu,a teraz znów nasze drogi zeszły się po wielu latach i wędrujemy razem,podziwiając wspólnie umiłowane Tatry???
Bo tym ,jak mówisz o górach i jak odbierasz moje opowiadanie- jako żywo przypominasz mi Owego Nieznajomego…

Wielkie serdeczności w głębokim ukłonie ślę…

Telbar

TATRZAŃSKIE WĘDRÓWKI…

TATRZAŃSKIE WĘDRÓWKI…
Sonet LXXI

Gdy zapachem jagód,wrzosów witasz brzask…
Gdy ptaków niemiłosierny słyszysz wrzask…
Gdy zapach świerków rządzi Twoimi zmysłami,
Gdy słyszysz szum pszczół -idziesz dolinami…

Gdy słyszysz szumy traw wiatrem niesione…
Gdy porosty świecą jakby pozłocone…
Gdy wilgoć obłoków omywa Twą twarz…
Jesteś wysoko-regle pod stopami masz…

Gdy widzisz orła i błysk w jego oku…
Gdy obłoki płyną na tle potoku…
Gdy widzisz nad sobą tylko chabry nieba-

Jesteś na szczycie-wyżej już nie trzeba…
Nie można już bliżej nieba…Chyba,że…
Jestem z Tobą…Nieważne wtedy gdzie…

Telbar

TATRY-MOJA MIŁOŚĆ…Sonet XX

TATRY-MOJA MIŁOŚĆ…

Sonet XX

Welonem nocnych mgieł pokryte Tatry,
Zmorzone o słonecznym poranku snem-
Ze świtem ożywają światłem,cieniem…
Wraz z poranną rosą wchłaniają mnie…

Przywołują mnie swoim majestatem,
Obiecują mnóstwo niezbywalnych chwil…
Stoki witają limbami,smrekami…
Szczytom-wiatrem podszyta czapka z chmur…

Wracam,gdy po stokach płyną zmierzchłe mgły-
Jesienią bywają często takie dni…
Patrząc z dolin ku szczytom-znów tęskno mi…

Gdy naprawdę kochasz-to serce nawet
Wyczerpane koncert zmęczeniem swym gra…
Po zejściu z gór nigdy nie szkoda dnia…

Telbar

(21)WYPRAWA W TATRY cz.IV…

(21)WYPRAWA W TATRY cz.IV(jeden z odcinków mojego opowiadania o tatrzańskim wędrowaniu…)

Witaj Mości Zagłobo!!!

Należą się Waszmości przeprosiny za zbyt długą zwłokę z dalszym wędrowaniem,ale przeciwnych okoliczności tyle się złożyło-nie czas i miejsce wymieniać je po kolei tutaj-że odpoczynek nad Velickim Plesem na wysokości 1670 metrów co prawda przedłużył się ponad miarę,ale trudno ten czas uznać za zmitrężony,bo miejsce jest wspaniałe:przecież Velicke Pleso to piękne lustro dla nieba i obłoków,o wydłużonym kształcie, które niczym akwamarynowy szmaragd zmieszany z turkusem,oprawiony w złoto skał go otaczających,zawieszony na srebrnym łańcuszku strumyka , wodospadami do niego wpadającego -podobnie jak piękny wisiorek na szyi niewiasty- uroku i powabu dodaje otaczającym górom…W tak cudownym miejscu zatrzymaliśmy się i aż żal go opuszczać-ale będzie jeszcze okazja spojrzeć na nie z wysoka,prawie pionowo w dół , stojąc na skraju skał ,wiszących nad jeziorem,przeciętych potokiem,niosącym wodę z otaczających gór,o wyglądzie i rozmiarach ogromnie zmieniających się ,zależnie od pory roku…
Zimą -to cudowny -o wysokości ponad100 metrów -ołtarz ,w promieniach słońca mieniących się wszystkimi kolorami tęczy lodowych stalaktytów,stalagmitów i stalagnatów,otulonych puchem wszechobecnego,idealnie białego śniegu,co najwyżej ozdobionego tu i ówdzie -w załamaniach powierzchni- fioletami i błękitami cieni…No i cichutki szmer,dochodzący gdzieś z środka tego ołtarza natury-to ciągle płynący potok, do rozmiarów malutkiej strużki w środku zimy ograniczony…
Wiosną -to huczący potężny wodospad,sprawiający wrażenie,jakby chciał przeciąć skały ,po których przyszło mu spadać…jakby chciał wybić potężną dziurę w ziemi…Ale od wieków niewiele się tu zmieniło,bo granitowe skały dają wystarczający opór…
Latem-przybiera postać cieniutkiego ,srebrzącego się łańcuszka w rytm drgań spadającej wody,czasem tylko potężniejącego , gdy niebo deszczem zapłacze…
Jesienią znów potężnieje,po liczniejszych opadach,a z pierwszymi przymrozkami zaczyna w stalaktyty się przyoblekać,aby  z każdym następnym dniem do zimowego wyglądu się przybliżać…
Idąc prawym brzegiem jeziora ,z każdą chwilą zbliżamy się nieuchronnie do prawie pionowej ściany skalnej,z gdzieniegdzie przyczepionymi,  jednymi z ostatnich, kępami kosodrzewiny czy  wysokogórskimi bylinami lub kępkami traw…Z daleka wydaje się ,że to chyba kres wędrówki,przynajmniej dla zwykłego turysty…Ale tak to jest w górach-nawet takie strome stoki,gdy zbliżymy się do nich na odległość wyciągniętej ręki,gdy popatrzymy na nie z pokorą,ale i nadzieją ,że może jakoś się nam uda tę przeszkodę pokonać-zobaczymy ,że ten pion to jednak nie pion…ta gładka ściana nie jest taka gładka,jak wydawała się z daleka…że można znaleźć miejsce dla stopy i wypukłość do chwycenia dłonią…że idąc zakosami można stopniowo coraz wyżej się znaleźć…A jeśli Ci ,którzy byli tu przed nami ,zadbali o tych ,którzy po nich przyjdą – poustawiali i poprzestawiali kamienie i mniejsze,większe głazy w takim porządku ,że powstał szlak ,biegnący zygzakami,który spokojnie i bezpiecznie na tę krawędź ,oddzielającą niebo od ziemi,błękity od brązów skał-wyprowadzi…Tak właśnie jest tutaj na tym stromym stoku-oczywiście szlak zostaje obficie zroszony naszym potem,bo wysiłek jest wielki-przecież to tak , jakbyśmy weszli na pięćdziesiąte piętro-bez windy…I to już dość silnie rozrzedzonym powietrzem oddychając…A  po wejściu na tę krawędź,zostaje zaspokojona, dręcząca cały czas nas ciekawość-co jest dalej, co tam nas czeka…Oczom naszym ukazuje się duży,długi -prawie płaskowyż,ograniczony po bokach masywami:z lewej Gerlacha ,a z prawej Velickiej Kopy.Nagrodą za trudy i włożony wysiłek jest cudowny widok,jaki możemy zobaczyć ,spoglądając wstecz w dół:w całej okazałości Velicke Pleso,a dalej piękna panorama słowackiego Podtatrza…
Wszystkim należy się solidny odpoczynek ,a – żeby wysiłek umyślnych ,taszczących beczułki dwójniaku, nie poszedł nadaremno-poczęstuj Waszmość Zagłobo spragnionych pucharem tego przedniego trunku i wznieśmy toast za pomyślność dalszej wyprawy…
W następnym odcinku opowiem,czym ten wzmiankowany płaskowyż wszystkich zaskoczy…Mile zaskoczy…

Wszystkich wytrwałych wędrowców gorąco pozdrawiam…

Telbar